Wróć do listy artykułów

Leszek Żądło

Przerwać błędne koło karmy

Wielu pragnie przerwać błędne koło karmy i reinkarnacji. Ludzie poświęcają na to całe wcielenia, by z determinacją osiągnąć ten wymarzony cel.
Czy im się udaje?
Wielu tak, jeszcze większej liczbie nie.

Od czego to zależy?
Przede wszystkim od intencji, gdyż one pociągają za sobą konkretne skutki, a poza tym od poziomu rozwinięcia świadomości. To znaczy, że w tym celu należy oczyścić umysł i otworzyć się na czystą świadomość. Okazuje się to możliwe, gdy odwołujemy się do praktyki medytacji oraz modlitwy.

Zachodzi pytanie, kiedy będzie można zmienić karmę?
Karma to nasz program na życie. Odgrywała się w przeszłości i odgrywa obecnie. Może też odegrać się w przyszłości. To jednak nie powinno nas ani zniewalać, ani obezwładniać. Pragnienie zmiany może pojawić się w każdej chwili, nawet teraz. Wystarczy nadać mu moc przez rozmyślanie nad zmianami i nad korzyściami, jakie z nich wynikają. A potem działać.

Teraz, właśnie teraz możemy podjąć nowe decyzje, które będą miały wpływ na naszą przyszłość. I w ten sposób pozbawiamy przeszłość władzy nad naszą teraźniejszością i przyszłością. Zresztą, co tu dużo gadać, teraźniejszość niepostrzeżenie zamienia się w przeszłość, a przyszłość w teraźniejszość. Trzeba uwzględnić ten mechanizm, jeśli mamy zrozumieć wpływ przeszłości na nasze obecne i przyszłe życie.

Aby uwolnić się z koła karmy, trzeba znać prawa i mechanizmy rządzące jej stwarzaniem i niwelowaniem.
Zmiana karmy może nastąpić w każdej niemal chwili. To możliwość potencjalna. W praktyce jednak okazuje się, że ludzie z niej nie korzystają. Albo bowiem o takich możliwościach nie wiedza, albo też brak im motywacji do zmian.

Mało jest takich, którzy odczuwają spontaniczną potrzebę dokonania w swym życiu zmian na lepsze. To zapewne dlatego, że swą spontaniczność stłamsili pod maską obojętności, przyzwyczajeń, lenistwa. Jeśli u takich ludzi pojawia się intencja do zmian, to zazwyczaj zostaje ona wymuszona przez cierpienia bądź życiowe niepowodzenia. Zmiana karmy rzadko wynika za świadomości, że jest ona możliwa.

I oto przykład dla myślących:

Był sobie Żyd, który osobiście znał Jezusa z Nazaretu. Wówczas jednak nie był zachwycony ani Nim, ani głoszonymi przez Niego poglądami. Po ukrzyżowaniu Jezusa spotkał się kilkakrotnie z Jego uczniami, a widząc ich żarliwą wiarę i pogardę dla życia, obserwując, z jak wielką nadzieją i pewnością właściwego wyboru dają się zamęczyć, postanowił ich naśladować. Uwierzył, że na tych ludzi musi czekać jakaś niesamowita nagroda po śmierci, że muszą oni mieć gwarancję tego, co głoszą i dokąd odchodzą. Tak, to oni swymi postępkami przekonali go o prawdzie tego, czego nauczał ich ukrzyżowany wcześniej Mistrz. Ów Żyd patrząc na pełne pewności i wiary uczynki uczniów nie zadał sobie pytania o intencje, z jakimi wszystko to czynili. Jemu wystarczył przykład, który najlepiej świadczył o mocy wiary w zbawienie, o szczególnych zapewne względach, jakimi cieszyli się oni w oczach Boga. Przecież wszyscy z nich byli pełni podziwu dla tych, którzy już odeszli za Mistrzem. Wszyscy pragnęli, by wreszcie nadarzyła się okazja zademonstrować, jak na to zasłużyli. W tymże samym wcieleniu ów Żyd spotykał się z Marią Magdaleną, która uparcie twierdziła, że Jezus ją ciągle odwiedza i czyni cuda – oczywiście w ciele widmowym. Któż oparłby się pokusie, by pójść za kimś, kto w oczywisty sposób czynił takie(!) cuda? Co chwilę można było spotkać bezpośrednich świadków, którzy dawali dowody, że po śmierci możliwości człowieka – Jezusa – są znacznie większe, niż za życia. Zachęcali przy tym powołując się na Jego słowa: Kiedy mnie nie będzie, jeszcze większe cuda niż ja, czynić będziecie! Dzięki temu gromadziła się wokół nich spora grupa wiernych wyznawców, którzy byli żądni wieści i instrukcji z tamtego świata.

Żyd, który starzał się w nieunikniony sposób, zaczął się coraz bardziej interesować sprawami ostatecznymi. Wiadomo mu było bowiem, że każdy musi odejść z tego świata, więc i jego to też nie ominie. Jednak przywiązanie do zbytku i luksusu nie pozwoliło mu podążać za nędznikami i brudasami. Wszak to osobiście do niego Jezus skierował sławne słowa: “Łatwiej wielbłądowi przejść przez Ucho Igielne, niż bogaczowi wejść do Królestwa”. Śmiał się z tych naiwnych słów, ale… robiły na nim jakieś wrażenie. Wreszcie umarł. Coś się z nim jednak działo dalej, ale nie nazwałby tego reinkarnacją. Taka myśl nawet nie mogła się pojawić w jego ortodoksyjnej – żydowskiej głowie. Królestwa też to nie przypominało. Ot, stracił świadomość swej przeszłości. Jak każdy normalny człowiek. Przecież z prochu powstał... A potem…

Ciekawe to były czasy, kiedy gwałtownicy szturmowali bramy Królestwa Niebios. Każdy chciał być lepszy w oczach Boga, więc kandydaci na świętych prześcigali się w znoszeniu cierpień i katuszy, za pomocą których udowodniliby, że są bardziej godni niż Jezus, by w DNIU SĄDU zasiadać po prawicy Boga i sądzić grzeszników. SĄDZIĆ! – to właśnie był główny motyw ich szaleństwa.

Ponieważ w nowym życiu nie widział się mniej godnym, a nawet bardziej sprawiedliwym, wybrał sobie śmierć na krzyżu św. Andrzeja. Kiedy całymi godzinami wył z bólu z powodu powykręcania członków i braku pożywienia, odczuwał jednak dziką satysfakcję, że cierpi bardziej niż Jezus, w związku z czym Bóg powinien na niego zwrócić większą uwagę. Czas naglił, a koniec świata był zapowiedziany na najbliższe dni. Wyzionął więc ducha z nadzieją, że już niedługo będzie miał szansę SPRAWIEDLIWIE OSĄDZIĆ swych prześladowców i wrogów. I znów… coś się porypało, a potem…

Był sobie chrześcijanin, który marzył o zbawieniu i o wiecznym żywocie. Ach, jaki to miał być żywot! W glorii chwały, w bliskości Boga i bez ograniczającego go ciała. Wiedział, że jedyna droga do tego celu, to naśladować Jezusa. Pomyślał więc: “no dobrze, najpierw ponawracam trochę ludzi, a potem dam się zamęczyć na śmierć. Będę miał zasługę, a przy okazji niewierni otworzą mi bramy Królestwa”.

Naiwne?
Absolutnie nie! W owych czasach myśleli tak wszyscy dobrzy chrześcijanie.
Tak więc owy dobry chrześcijanin popłynął z misją nawracania pogan w daleki świat. A że był ambitny, więc wybrał się ze Świętym Markiem nawracać największych grzeszników, jakimi w owych czasach byli Wenecjanie. Zyskał to, że się zmęczył, a ci niewdzięcznicy nawet nie chcieli słyszeć żadnych dobrych nowin o życiu po śmierci. Nic dziwnego, bowiem ich życie doczesne opływało w dobra, szczęście i dostatek. Chociaż... znalazło się kilku żebraków, którzy z życzliwością potraktowali przybyszów. Pałali oni tak wielką nienawiścią do bogatych, że można było liczyć, iż w przyszłości poniosą krzyż do domów bogaczy i zniszczą owo siedlisko szatana! Większość Wenecjan była jednak niewdzięczna i nie chciała tak egzotycznych poglądów. Dobry chrześcijanin wziął więc na siebie pokutę za grzechy tych rozpustników. Męczył się okropnie, a oni nic sobie z tego nie robili. Jeszcze kpili z niego. Poczuł się więc winny, że najwidoczniej kiepski z niego pokutnik. Chciał jednak swym życiem i swymi czynami udowodnić, że nadaje się do Królestwa! I to jeszcze jak!

Niebawem pojawiła się wymarzona okazja. Łapano właśnie chrześcijan, by uświetnić nimi imprezę w rzymskim Colosseum. Już wcześniej słyszał, jakie to tłumy walą na takie widowiska. Miał więc nadzieję, że dobrze się zaprezentuje. Inni dobrzy chrześcijanie bez zmrużenia oka przyjmowali męczeńską śmierć i jakby nawet marzyli o tym, by być rozszarpanymi przez wygłodniałe dzikie bestie. Więc i on dumnie wyszedł na arenę i oczekiwał, by się dokonała kaźń. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zauważył, że trybuny zieją pustkami, a wielbiciele krwawych igrzysk są już najwyraźniej znudzeni. Podniecenie wykazywała tylko mała grupka, w której ujrzał atrakcyjną kobietę.
“Pokażę jej, w jakiej pogardzie mam życie” – postanowił kandydat na świętego – “Na długo zapamięta tę chwilę i będzie mnie chciała naśladować w drodze do Królestwa!” (rzeczywiście, to wydarzenie pamiętała jeszcze 18 wieków później!). Tymczasem okazało się, że organizatorzy imprezy nie chcieli żadnych nieprzewidzianych odstępstw od głównego scenariusza, więc przybili jego lewą stopę do drewnianej podłogi. I oto wypuszczono lwa. Kandydat na świętego niewątpliwie dałby nogę, gdyby nie przezorność organizatorów imprezy. W konfrontacji z bestią pomyślał jednak, że życie bardziej mu miłe, więc zaczął modlić się do Boga, by go ochronił, by oszczędził mu cierpień. Jak się okazało, młoda kobieta też się za niego modliła. W tym czasie lew kierował się prosto na niego. W pewnym momencie całkowicie znudzone i zapewne przejedzone zwierzę potrąciło go i przeszło bokiem. Dopiero to wyrwało z odrętwienia znudzoną publiczność. A kandydat na świętego uwierzył, że Bóg chroni go w jakiś specjalny sposób. Dzięki temu postanowił być Mu jeszcze bardziej oddanym. Za jakiś czas umarł śmiercią naturalną, prawdopodobnie z poczucia winy, gdyż spędził trochę czasu w objęciach rzymskiej piękności, która ujrzała go w Colosseum.

W kolejnym wcieleniu jego postanowienie, by być bardziej wytrwałym, by lepiej służyć Bogu Jezusa, by być znacznie bliżej prawdy, przybrało bardziej zdecydowaną formę. Trafił do klasztoru w Rzymie. Był bardzo blisko najwyższych dostojników. Jego przełożony został później papieżem. I to właśnie był dla niego pierwszy szok, kiedy to zaczął wątpić w prawdy i zasady głoszone przez Chrześcijan. Jego przełożony bowiem, był to człowiek, który posiadał pewną brzydką cechę. Otóż podniecał się seksualnie patrząc na posągi Matki Boskiej oraz Marii Magdaleny. Zdarzało się, że któryś z owych posągów nawet kopulował! Tym bardziej wówczas nienawidził siebie i błagał Boga o łaskę, bowiem jeśli coś się czyni z nienawiścią, to podobno przynosi zasługę. I taki ktoś dostąpił zaszczytu zasiadania na Stolicy Piotrowej! Demoralizacja sług bożych przybrała już wówczas takie rozmiary, że spowodowało to ogólną krytykę, a w różnych miejscach zaczęły szerzyć się herezje, które obiecywały bardziej autentyczne i moralne formy kultu. Musiała więc istnieć jakaś inna droga. Nie dla mnicha jednak z rzymskiego klasztoru. Ten zmarł wreszcie jednając się z Bogiem i światem przyjmując wcześniej namaszczenia, “jak Bóg przykazał”.

Zamiast do raju trafił w sam środek zadymy. Oto właśnie gruchnęła wieść, że czasy wreszcie(!) zbliżają się ku końcowi. Germanie plądrowali Rzym, a watahy pijanych nienawiścią do wszystkiego, co cielesne, zdziczałych chrześcijan prześcigały się w niszczeniu dorobku kultury czasów antycznych. W takich to warunkach apokaliptyczne wieści rozchodziły się szybko i znajdowały chętnych wyznawców. Przypominano, że powinien powrócić Jezus, ale wcześniej miała światem rządzić bestia. Owa bestia miała zniszczyć wszystkich wiernych i uczciwych. Z kolei wszystkich nieuczciwych, a tylko tacy mogli pozostać po rzezi dokonanej przez szatańskie zastępy, miał pokarać sam Pan Bóg. Takie postawienie sprawy, oczywiście, nikogo nie pocieszało. Tak źle i tak niedobrze. Nie każdy chciał przechodzić przez pasmo niekończących się cierpień i prześladowań, i nie każdemu spieszyło się opuścić ten padół płaczu. Na wszelki wypadek co inteligentniejsi obywatele rzymscy wymyślili, że zabezpieczą się na obie wersje wydarzeń. Przepustką do przeżycia czasów ostatecznych miały być pieczęcie, po których Szatan czy Bóg mieli rozpoznawać swoich. A skoro są one opisane w Apokalipsie, to niezłym interesem okazało się pieczętowanie wystraszonych ludzi najpierw znakiem Bestii, a potem Baranka. (Oba obrzędy polegały na walnięciu w czoło odpowiednio spreparowanym kopytem, najpierw kozim, później baranim). Nasz bohater nie będąc pewnym, kto tu rządzi, i jak to będzie w przyszłości, też postanowił się zabezpieczyć. Przecież w jego podświadomości musiał tkwić zapis przeszłych obietnic, które wcale nie doprowadziły do jego zbawienia. Tak więc, mimo wiążącego się z tym bólu dał sobie nabić na czoło oba znaki. Teraz miał pewność, że swoi go zawsze poznają – obojętne po której stronie się akurat znajdzie. Uwierzył, że jest zabezpieczony na wieki wieków. Amen.
(Tak jakoś dziwnie się składało, że swoi zawsze go rozpoznawali, a on rozpoznawał swoich. Tylko nie posiadając świadomej pamięci poprzednich wcieleń, nie zdawał sobie z tego sprawy.)

Kolejny z żywotów miał mu zapewnić wreszcie wniebowzięcie. Od wczesnej młodości zamieszkał w pustelni. Były tam dwie chatki, a w okolicy nieco wody, jarzyn i owoców. Właściwie całe jego życie składało się z modlitw, studiowania Ksiąg (bo trochę o nich opowiadał jego towarzysz) i zbierania pożywienia, o które było dość łatwo, choć było ono niewybredne.
I oto pewnego dnia zjawił się w pustelni anioł! Złotowłosy, w pięknych, bogatych, przetykanych złotem szatach. Anioł przyniósł z sobą jedzenie, porozmawiał z pustelnikami i obiecał, że za jakiś czas wróci. Odtąd pustelnicy czekali na anioła, który co jakiś czas podjeżdżał na koniu, po czym wdzięcznie z niego zeskakiwał i wręczał im wyborne jedzenie. Anioł lubił przy tym rozmawiać na tematy związane z wiarą. Odchodził wyraźnie pokrzepiony rozmową ze świętymi mężami. To ich dodatkowo upewniało, że są na dobrej drodze.
Pewnego dnia drugi z pustelników zaniemógł i zaczął umierać. Anioł nie pokazywał się już od dłuższego czasu, więc u pierwszego pojawiło się podejrzenie, że drugi chce trafić do nieba wcześniej, by zawłaszczyć sobie anioła. Ogarnęła go zazdrość i wstąpił w niego duch konkurencji. Umarli razem, by nie dać się wyprzedzić w wyścigu do Nieba. Anioła jednak tam nie było. Już ze świata astralnego pustelnicy zauważyli, że piękna kobieta znów sobie o nich przypomniała i przyniosła jedzenie. Tym razem trafiła na zwłoki obu. Wtedy poczuł tęsknotę i podziw dla jej kobiecej dobroci i szlachetności.

Około tysięcznego roku Kościół uznał, że kobiety też mają duszę. Jeśli więc mężczyźni byli odwodzeni od życia wiecznego przez nieokiełznane pożądanie, to może łatwiej być kobietą? Może w Niebie Bóg odczuwa niedosyt kobiet?
Kolejne życie rozpoczęła w bardzo bogatej rodzinie w Bawarii. Już od dziecka wiedziała, że chce być dobra (jak anioł) i poświęcić Bogu wszystkie swoje talenty. A była nimi obdarzona, jak nikt dotąd w jej krainie. Wcześnie za rodzinne pieniądze ufundowała klasztor dla bogatych dziewcząt. Odtąd rozrastał się on korzystając ze wsparcia licznych, a bogatych sponsorów. Owszem, było to miejsce godne kandydatek na święte pochodzących z bogatych rodzin. Wierzyła bowiem głęboko, że bogactwo idzie w parze z dobrocią i cnotą.
Pod jej kierownictwem siostrzyczki czciły i wychwalały Boga oraz Najświętszą Dziewicę. Śpiewały jej hymny, recytowały jej wiersze i zajmowały się służeniem biednym i potrzebującym. Na ich potrzeby przełożona opracowała doskonałe receptury leków ziołowych. Życie w klasztorze toczyło się wokół ciężkiej pracy i modlitw. Nie było w nim czasu na głupoty i na niecne myśli. Nie było też sił. Wczesnym rankiem przeorysza trąbiła na pobudkę, a później, aż do 10.00 wieczór cały czas był wypełniony intensywnymi zajęciami. Przeorysza czuła się spełniona. Widziała, że jej trud i jej życie nie poszły na marne. Pomagała wielu ludziom, choć niektórzy z nich wcale nie potrafili okazać za to wdzięczności. A, co najgorsze, gdy była już bardzo stara, w jej klasztorze zaczęło lęgnąć się zło. Nowicjuszki myślały tylko o seksie, czuły się nieszczęśliwe, zamknięte za murami wbrew swej woli. Jednak nie mogła odmówić ich przyjęcia, gdyż klasztor straciłby wsparcie możnych protektorów. Nie miała już sił, by nowicjuszki zagonić do godziwych zajęć. Dyscyplina zaczęła poważnie podupadać, nad czym ona, jako fundatorka, niezwykle bolała. A najgorsze było to, że zauważyła, iż niektóre z nowicjuszek zetknęły się wcześniej z kultem Szatana. Te właśnie buntowały się najbardziej i nie chciały zaakceptować reguły zakonnej. Umierała więc z ciężkim sercem martwiąc się, kto przejmie po niej schedę i co się stanie z całym klasztorem po jej śmierci. Czuła ból i odpowiedzialność, której nie mogła już udźwignąć...

Znów “wicher karmy” przygnał go do Bawarii, gdzie u stóp pięknych, niebotycznych Alp człowiek od wieków zmagał się z przeciwnościami losu. Tu dzieło Boga musi imponować! Potężne góry, na które człowiek nigdy dotąd nie miał wstępu i ogromne wodospady, wobec których ludzka istota jest niczym unoszony na wodzie listek. Tu właśnie, u podnóża Alp, znalazł miejsce klasztor męski. W nim rządził przeor, który też został świętym i to już za życia. A jakże mądre i uduchowione były jego nauki! Mnisi pracowali nad swym uszlachetnieniem. Dużo czasu zajmowała im praca w ogrodach, ale przede wszystkim mieli medytować (co w tamtejszej gwarze znaczyło rozmyślać) nad marnością i znikomością ludzkiego życia i ludzkiej mocy. To wszystko miało wykorzenić z nich pychę. Siedzieli więc nad ogromnym wodospadem przy dawnym rzymskim trakcie i rozmyślali o przemijaniu, o nietrwałości ludzkich dokonań. Próbowali też wyobrażać sobie, jak zmierzają się z ogromem potęgi bożego dzieła. Dla każdego, nawet najgłupszego, który patrzył na masy przewalającej się wody, byłby to dowód, że w porównaniu z potęgą natury, człowiek jest niczym, że jest bezsilny. Po cóż więc marzyć mu o potędze. Niech się tych grzesznych marzeń wyzbędzie raz na zawsze. Obserwowanie wodospadu wyraźnie w tym pomagało.

Niektórzy z mnichów pragnęli kierować się szlachetnymi pobudkami i pomagać biednym ludziom, leczyć ich. W odpowiedzi słyszeli słowa świętego: “to pycha, gdyby bowiem Bóg chciał, żeby ludzie nie cierpieli, sam by to uczynił i nie potrzebowałby w tym waszej nędznej pomocy. Uzdrawiając czy niosąc pomoc biednym ingerujecie w boże dzieło. Więcej Pokory!” Rozmyślali więc intensywnie nad pokorą i marnością, a także nad słowami świętego, przez którego usta niewątpliwie przemawiał sam Bóg. Wyrzekali się mocy i marzeń o mocy. Wyrzekali się pragnień związanych z tym światem. Przecież wszystko to marność nad marnościami. Jedyna droga do zbawienia miała prowadzić przez uwolnienie od pychy, od pociągu do ludzkich zachowań i od ludzkiej solidarności. Chodziło o to, by przestać pragnąć żyć wśród ludzi, a umysł kierować ku sferom niebieskim. Przekonanie o marności wszystkiego, co ludzkie, miało otworzyć wrota raju. I wreszcie w życiu mnicha nadszedł ten upragniony dzień. Bramy raju stały otworem, choć on sam jeszcze nie był zadowolony ze swej doskonałości. Czuł, że jeszcze za dużo w nim pychy. Jeszcze raz złożył ślubowanie, że wyrzeka się mocy na wieki wieków i na życie wieczne. Amen.

Ach, gdyby przewidział konsekwencje swego czynu…
Skoro jednak złożył takie ślubowania, to nie mógł niczego uczynić, gdy Tatarzy plądrowali jego nową ojczyznę w kolejnym życiu. Widział morze łez, cierpień i śmierci, ale niczego nie był w stanie uczynić, by pomóc współziomkom. Był całkowicie bezsilny. Ale najgorszym, co go bolało, to zupełny brak solidarności między dręczonymi z zewnątrz ludźmi. Zauważył, że największe krzywdy wyrządzają ludności miejscowi bandyci, którzy wykorzystują sytuację, gdy brakuje silnej władzy. Wówczas w zasadzie, mógł tylko ubolewać nad tym, gdyż jego myśli zajmowało pragnienie opuszczenia tego łez padołu. Bardzo gorąco wierzył, że zbawienie przychodzi przez krzyż, toteż długo nie pociągnął. Dwóch oprychów zasztyletowało go pod krzyżem, do którego modlił się o zbawienie. Byli tylko zawiedzeni, że on, mnich, nie ma przy sobie żadnych ukrytych skarbów.
Tu chyba miarka się przebrała. Zauważył dotkliwy brak szlachetnych ludzi, którzy mogliby ponieść prawdę wiary, a nawet i codzienną pociechę innym ludziom. Zauważył bowiem, że w czasach anarchii nikogo nie interesują sprawy wiary i Bóg. Tu wygrywali pozbawieni skrupułów bezbożnicy.
Leżąc pod krzyżem czuł ból, a zbawienia jak nie było, tak się nie doczekał. Znów zaczął mieć wątpliwości….

I znów się zaczęło…
Od dzieciństwa wyrastał w pragnieniu zaprowadzenia porządku w Środkowej Europie. Ojciec zapewnił mu dobre wyszkolenie rycerskie i przekonanie, że należy zaprowadzić ład i porządek siłą. Wówczas ludzie będą wdzięczni władzy i przestaną odwracać się od Kościoła. I oto wreszcie król ogłosił długo oczekiwaną krucjatę przeciw bezbożnikom – zbójnikom. Zgłosił się więc na nią na ochotnika. Odtąd w poszukiwaniu zbójców przemierzył Węgry, Słowację, Austrię, Czechy i Dolny Śląsk. Wszędzie trzeba było wspinać się na góry i zdobywać zamek za zamkiem. Ze zbójnikami nie było raczej kłopotów. Zazwyczaj nad ranem leżeli upojeni zrabowanym wcześniej winem, więc łatwo można ich było pojmać lub nawet zabić.
Pewnego dnia żołnierze pod jego dowództwem zdobyli zamek zbójnicki pod Żyliną. Wdzięczni chłopi chcieli podziękować szlachetnym rycerzom i wyprowadzili z ukrycia dziewczęta. Wówczas przeżył szok, gdyż nigdy nie podejrzewał, że jego ludzie zrobią z nimi to samo, co robili zbójnicy. Przeżywszy szok poczuł ogromną pogardę dla szlachetnie urodzonych, którzy upili się winem znalezionym na zdobytym zbójnickim zamku, po czym zgwałcili dziewczęta, gdy tylko trafiła się okazja. Oczywiście, srogo ukarał winnych.
Słowacja urzekła go pięknem krajobrazu i życzliwością mieszkających tam ludzi. Poczuł dla nich wiele sympatii, a jednocześnie zdziwił się, że ci ludzie są pozbawieni jakiejkolwiek władzy i ochrony ze strony szlachty. Był pewien, że potrzeba im silnej władzy!

W kolejnym z wcieleń był już Słowakiem i ożenił się z piękną panią na włościach nad Wagiem. Jego panem lennym był władca Orawskiego Zamku. Nasz bohater miał mu służyć i przynosić daninę od chłopów, którzy nie dość, że byli biedni, to jeszcze buntowali się i uciekali przed żołnierzami. Jego piękna i młoda żona czekała samotnie w zamku całymi dniami i nocami, gdy on uganiał się po górach za ukrywającymi się chłopami. Od czasu do czasu udawało mu się skonfiskować jakąś kurę czy gęś, albo parę miedziaków, ale to było wszystko. Tymczasem jego przełożony ciągle był z niego niezadowolony. Posądzał go, że większość podatków przywłaszcza sobie i ukrywa ten fakt przed nim. A jego potrzeby były ogromne! Co jakiś czas do zamku sprowadzano wozy z węgierskim winem, za które trzeba było słono płacić. Miarka się przebrała, gdy handlarze odmówili dostaw wina z powodu niewypłacalności. Wówczas to pan feudalny uwięził szlachetnie urodzonego swego poddanego i kazał go torturować, by ten wyznał, gdzie schował bogactwa zabrane chłopom. Pech jednak chciał, że nasz bohater nie wytrzymał tortur, choć wreszcie doczekał się męczeńskiej śmierci (a to pech! Tym razem miał bowiem większą ochotę na igraszki z piękną żoną). Widząc, że nie trafił do raju i tęskniąc za swą piękną, ukochaną żoną, która tak mało zaznała w życiu rozkoszy, postanowił zemścić się na swym prześladowcy nie czekając na kolejne wcielenia. Zaczął więc straszyć na Orawskim Zamku jako upiór. To z kolei doprowadziło do przedwczesnej tragicznej śmierci jego prześladowcę.

Kolejne jego wcielenie było znacznie mniej mistyczne. Owszem, praktykował buddyzm w jego chińskiej formie, ale przede wszystkim postanowił służyć biednym i prześladowanym przez poborców podatkowych. A od takich roiło się wówczas w Chinach, jako że każdy z panów feudalnych miał ochotę wzbogacić się na cudzej pracy.
Po przeszkoleniu w zakresie chińskich sztuk walki bronił ludność przed poborcami podatkowymi, którzy zazwyczaj lądowali w błotnistych bajorach pól ryżowych. Oczywiście, wracali z niczym, ale czuli się upokorzeni.
Pech chciał, że nasz bohater znów nie uwzględnił, jak silne mogą okazać się u niektórych intencje dokonania zemsty. Przecież sam niedawno w postaci upiora doprowadził do śmierci swego prześladowcy. Teraz z kolei miał sam paść ofiarą innego mściciela. I tak boleśnie zakończyło się jego życie.
Podstawową intencją mistrza sztuk walki jest udowodnić, że pokona wszystkich. Jeśli raz się nie udało, to przecież nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią. Jako buddysta wiedział to już, ale jego pojęcie o prawie karmy było raczej mgliste. Tym niemniej umierając postanowił zemścić się, wyeliminować ze świata wroga swego ludu.

O dziwo, przez wiele lat kolejnego życia nic go do tego nie popychało. Żył sobie miło i spokojnie w chińskiej wiosce, aż oto wtargnęli do niej bandyci, którzy go upokorzyli i na jego oczach zgwałcili mu żonę. To zadecydowało, by zemścić się, by zabić tego, kto nasłał bandziorów. Okazał się on potężnym mistrzem sztuk walki, więc, aby go dopaść, trzeba było intensywnie ćwiczyć. Gdy po wielu latach sam został mistrzem, wyruszył na poszukiwanie swego prześladowcy. Najpierw pozabijał jego uczniów, którzy usiłowali bronić dostępu do swego mistrza, a potem i jego samego. Właściwie to patrzył, jak stary człowiek umiera ze strachu na jego widok. Nikt przecież nie mógł go już obronić, a jedyny pozostający przy życiu uczeń był gdzieś daleko, gdyż właśnie poszukiwał prześladowcę mistrza, by go zabić.
Po wypełnieniu misji rozpędził do domów swych uczniów i zakończył działalność szkoły sztuk walki. Uwolnił ich jednocześnie od ślubowania, że kiedy sami będą silni, to zabiją swego mistrza, by przejąć po nim szkołę. Tym niemniej jego dalsze życie obfitowało w spotkania z różnymi palantami, którzy koniecznie w walce z nim chcieli wypróbować swoje siły. To go wreszcie znudziło. Zakończył żywot jako wędrowny żebrak….

Nieoczekiwanie wrócił do Europy, i to w sam środek zadymy, jaką była wojna 30 letnia w Niemczech. Tam wszyscy przeciw wszystkim walczyli o prawdę i sprawiedliwość. To było coś zgodnego z jego intencjami!
Jako najemny żołnierz uczestniczył w zdobyciu Magdeburga przez katolików, a potem obserwował bestialską masakrę dokonaną przez nich na ewangelikach. Wówczas podjął decyzję, że zemści się na nich, że z katolikami nie chce mieć już nic wspólnego. Odszedł i zaginął gdzieś w zawierusze wojennej…

Urodził się w Afganistanie, skąd wygnały go walki międzyplemienne. Udał się stamtąd do Indii, gdzie po ciężkich przeżyciach osobistych został adeptem bhakti -jogi, czyli jogi miłości. Tam spotkał się z duchowymi aspirantami pochodzącymi z dobrych domów, ze szlachetnych rodzin. Starał się zasłużyć na łaskę Kryszny, choć bolało go, że Mistrza otaczają szubrawcy, którzy pochodzą z wyższych kast i myślą tylko o swoim wywyższeniu się w oczach innych. Dawali mu wyraźnie do zrozumienia, że należy do kasty niedotykalnych. Ale to go nie zrażało, bowiem dzięki intonowaniu mantry Hare Kryszna miał nadzieję już nigdy nie powrócić do tego obrzydliwego świata. Wierzył święcie w autorytet guru, który mu to gwarantował mocą całej tradycji spisanej w świętych księgach i tej niepisanej. A jednak…

Pojawił się znów w Europie, tym razem jako Wielki Wtajemniczony. Ponieważ w młodości poczuł się skrzywdzony przez durnia z arystokratycznym tytułem, zapragnął upokarzać utytułowanych patałachów. W tym celu sam przyjął tytuł hrabiego. Czynił cuda, a arystokraci płacili ogromne pieniądze za samo prawo zbliżenia się do niego. Jeszcze większe płacili za inicjacje w stopnie tajemnej okultystycznej hierarchii. Tymczasem on bawił się świetnie udowadniając, że arystokraci to tacy sami durnie, jak pierwszy lepszy człowiek wzięty z ulicy, a jedyna między nimi różnica polega na tym, że płacą za swoją głupotę ogromne pieniądze.
Po wielu latach oszustw mężowie zdradzeni przez swe duchowo aspirujące małżonki donieśli na niego, że ukrywa przed królewskimi poborcami podatkowymi ogromny majątek, podczas gdy skarb królewski świeci pustkami. Ci ucieszyli się i aresztowali maga – oszusta. Okazało się jednak, że nie mogli od niego wydobyć żadnych informacji na temat tego, gdzie ukrył on pieniądze i kosztowności. Wreszcie jeden z nich powiedział: “jeśli naprawdę są inne wcielenia, to i tam cię dorwiemy i zabierzemy ci te pieniądze”.
Oczywiście, miejsca ukrycia skarbów nie wyjawił, gdyż takowego nie było. Wszystkie pieniądze rozchodziły się błyskawicznie na dostatnie życie oraz na opłacenie kosztownych wspólników oszustwa.
Przed śmiercią nakłonił żonę, by wyznała swe grzechy na spowiedzi i wyrzekła się go, by uratować życie, gdyż groził jej surowy wyrok Św. Inkwizycji.
Umarł w więzieniu wpadając w trans samozniszczenia, więc nie trwało to długo. Umierając pragnął wolności. A w owym czasie wolność oferowała Ameryka!

Po jakimś czasie urodził się w plemieniu Indian na prerii. Miał wolność i nieograniczoną przestrzeń. Ale wolał zostać szamanem. To było znacznie bezpieczniejsze od nadstawiania głowy podczas walki. A ile więcej dawało prestiżu społecznego!
Konkurował więc z szamanem odwiecznych wrogów, rzucał na niego straszne klątwy. Jednak jego podstawową intencją było zaprowadzenie na prerii pokoju. W tym celu z wodzem udał się nawet do Białego Ojca w Białym Domu. W drodze powrotnej sprzedał konie za whisky. Przecież musiał używać stymulatora, który gwarantował mu kontakt z Manitu. A Manitu prowadził go do domu drogą dłuższą, acz przyjemniejszą. Zawsze tam, gdzie można było znaleźć whisky. Trafił więc i do Nowego Orleanu, gdzie wpadł w zachwyt dla instytucji burdelu. “O tak – pomyślał – gdyby coś takiego zrobić naszym młodym wojownikom, przestaliby myśleć o wojowaniu!”
Pomimo próby sprowadzenia chętnych panienek projekt jednak nie wypalił, a młodzi wojownicy nadal rwali się do walki. Zniechęcony niepowodzeniem swej pokojowej misji odszedł z godnością Indianina…

Jakiś czas potem znów narodził się w pięknej Francji. Dzięki bogatym rodzicom ukończył studia prawnicze i stał się wybitnym adwokatem. Jako prawnik miał wzięcie, ale nie czuł wielkiej satysfakcji, pomimo że doprowadził do upadku kilka fortun nowobogackich burżujów, których nienawidził za brak manier i kultury osobistej. Miał sławę, pieniądze i kobiety. Po kilku latach pojął jednak, że pieniądze szczęścia nie dają. Pragnął być bardziej pożyteczny, a ponieważ to się nie mogło wówczas udać, to umarł z poczuciem winy, że wielu ludzi doprowadził przed sądem do bankructwa tylko dlatego, że ktoś mu za to dobrze płacił.

W kolejnym wcieleniu dominował u niego motyw poczucia winy za korzystanie z bogactwa burżuazji, na wytworzenie którego pracowały tysiące przerażających, złych robotników.

Po krótkim tybetańskim epizodzie w europejskich wcieleniach powrócił do Francji, ale tym razem jako młody Żyd pochodzący z Niemiec. Tu studiując medycynę poznał kobietę swego życia, która jednak miała dwie wady: była zamężna i zaangażowana w aferę szpiegowską. Stąd posiadała dużo pieniędzy. Taki związek z konieczności musiał zakończyć się tragicznie. Ona zdążyła ofiarować mu sporą sumkę pieniędzy, po czym została porwana. Jego podczas próby ratowania jej raniono szpadą w lewą rękę. Zakończyło się niedowładem, co zdyskwalifikowało go jako kandydata na chirurga. W związku z tym wybrał psychiatrię.
Po powrocie do rodzinnego miasta ożenił się z bogatą dziewczyną, którą też pokochał. Za pieniądze przywiezione z Francji i za część posagu wybudował klinikę psychiatryczną. Później stała się ona dość sławna w całych Niemczech, choć zdecydowanie krytykowana przez profesorów z Getyngi. I znów nie poznał, że przyszedł do swoich, a oni go też nie poznali. On był szefem kliniki, głównym specjalistą, a oni albo wariatami, albo członkami personelu. Wszystko układało się dobrze, a wyniki mówiły same za siebie. Klinika prosperowała lecząc przede wszystkim tych, z bogatych domów. Znów arystokraci płacili mu ogromne pieniądze za swoje pomieszanie umysłowe! I oto spadł na niego cios: jago małżonka zwariowała i stała się jedynym nieuleczalnym przypadkiem w klinice! Już niedługo do kliniki zaczęli przybywać pacjenci, którym ta kobieta imponowała i którzy robili wszystko, by w swym szaleństwie posunąć się dalej, niż ona.
Na szczęście dla niego po jakimś czasie żona umarła, więc bez poczucia winy mógł zająć się atrakcyjniejszymi paniami z personelu. Dzieląc życie na pracę zawodową i zabawy doczekał późnej starości. Umierając czuł jednak żal, że nie wszystkich wariatów z Niemiec udało mu się zamknąć w klinice. Pozostali zaczęli bowiem tworzyć podwaliny III Rzeszy.

I znów urodził się w bogatej rodzinie żydowskiej – tym razem w Polsce. Jego matka nienawidziła swego ojca – sknerusa i pracy, jaką musiała wykonywać, by ten dawał jej pieniądze. Pod jej wpływem jeszcze jako dziecko uniósł się ambicją i wyrzekł wszelkich bogactw materialnych, a szczególnie rodzinnych, choć dziadek oprowadzając go po fabryce i pokazując złych na cały świat robotników, mówił mu: “To wszystko będzie twoje. Będziesz nimi rządził.” To było zbyt przerażające. Zrobiłby wszystko, by tego uniknąć. I oto przyszła II wojna światowa, a wraz z nią przesiedlenia do getta. Tam doświadczył prawdziwej gehenny, na którą przecież czekał razem z wieloma wiernymi Żydami. Owszem, jako nastolatek mógł uniknąć prześladowań, gdyż pewna polska szlachcianka zaoferowała, iż wyjdzie za niego za mąż. To jednak wydało mu się ceną zbyt wysoką, więc wybrał wolność w getcie. Szlachciance od tego tak się poprzestawiało w głowie, że wstąpiła do faszystowskiej organizacji ND i nawet kiedyś zleciła kolegom, by dla przykładu skopali go na głównej ulicy w mieście. Co też oni chętnie wykonali.
Czas nieubłaganie biegł naprzód i przynosił Niemcom do głowy coraz to inne pomysły na rozwiązanie kwestii żydowskiej. Wreszcie nasz bohater trafił do obozu zagłady w Oświęcimiu Brzezince. Tam został przydzielony do wynoszenia trupów z miejsc zagazowania do krematorium lub na stosy, gdzie palono zmarłych. Gdy poczuł się zmęczony życiem, świadomie naraził się SS-manowi, który posłał go do gazu. Pomimo znaków zbliżającej się wyzwoleńczej ofensywy, wierzył, że jedynym wybawieniem będzie śmierć. I trafiła mu się śmierć miła, przyjemna, całkiem nieprzytomna. Najważniejsze jednak, że nie bolała tak, jak całe jego dotychczasowe życie. Umierając poczuł ogromną wdzięczność dla tego Niemca, który wymyślił Cyklon B.

Na matkę w kolejnym życiu wybrał sobie piękną, acz nieprzytomną kobietę. Uwielbiała ona środki uspokajające i odurzające. Czuł do niej ogromny pociąg seksualny i to była główna intencja, by znaleźć się aż tak blisko. Ona jednak umarła przy porodzie, a jego odratowano. Całe krótkie życie miał o to żal i pretensje. Ojciec dodatkowo obciążał go winą za śmierć tej kobiety. Od ojca przejął ponadto lęk przed zdemaskowaniem i poczucie osaczenia. Nic dziwnego, wywiad Izraela poszukiwał ukrywających się po świecie wybitnie zasłużonych dla gehenny SS-manów, a przecież jego ojciec był cenionym specjalistą III Rzeszy zajmującym się produkcją bojowych gazów trujących. Cale swoje krótkie dzieciństwo czuł się źle, aż wreszcie sprowokował ojca i macochę, by pobili go śmiertelnie. To też nie było przyjemne, ale za to skuteczne.

Ta skrócona historia, to tylko nieliczne wątki z mojej własnej historii karmicznej. W rzeczywistości było ich znacznie więcej. Nakładając się na siebie spowodowały istną plątaninę, co z kolei zaowocowało tym, że wcielałem się w różnych krajach świata, w różnych kulturach, których nawet nie opisałem. Trudno by to było uczynić, gdyż wielu z nich w ogóle nie pamiętam.

Kiedy przypomniałem sobie wiele z moich przeszłych wcieleń, pojąłem, że decydowały o nich wątki główne i poboczne. Poboczne decydowały o niektórych szczegółach, ale główne wytyczały drogę mojego życia.
Jak łatwo zauważyć, przez wiele wcieleń wierzyłem, że wyzwoleniem będzie śmierć. To wierzenie tkwiło w mej podświadomości już wówczas, gdy spotkałem Jezusa. Podobnie też wcześniej znałem program końca świata i Armageddonu. Miałem nawet odegrać w nim swą rolę.

Motywy mego istnienia, a właściwie wcielania się, zmieniały się w pewnym stopniu, ale w swych podstawach były trwałe. Ciągle też otaczały mnie osoby, z którymi silnie związałem się w dawnych wcieleniach. Jakaś niesamowita siła przyzwyczajenia ciągnęła nas do siebie nawet wówczas, gdy inkarnowaliśmy w zupełnie innych rejonach świata. A siłą tą okazała się misja cywilizacyjna, której podsumowaniem miały być wydarzenia opisywane w różnych pismach apokaliptycznych.
Jeszcze teraz, pisząc te słowa, odczuwam bunt: “po co tak się męczę, by ucywilizować te małpy? Po co mnie tu przysłali z innej planety?”
Tak pobrzmiewa echo staroegipskich hipnoz.

Niemniej ważne wydawało mi się przywiązanie do starożytnej kasty magów. Ach, czy dla maga może być atrakcyjnym jakiś zwykły śmiertelnik? Przecież taki niczego nie pojmuje i wszystkiego się boi.
“Moc ludu” poznałem dopiero podczas Rewolucji Francuskiej. Wcześniej zapoznałem się z “mocą” przywódców kościelnych, tak że dziś żaden z nich nie zwiedzie mnie swymi sztuczkami i zapewnieniami. Wiem, co w Kościele jest nieśmiertelne – ale to nie ma nic wspólnego ani z Jezusem ani z wiarą. No cóż, moje niezbyt przychylne nastawienie do hierarchów jest uwarunkowane karmicznie. Z pewnością zmienię je, jeśli zauważę, że mi przeszkadza.

Ważnym motywem okazało się też w moim przypadku przyzwyczajenie do rozwiązywania problemów przez śmierć. Gdy czułem się zmęczony, czy złapany w potrzask, po prostu umierałem i tyle mnie widzieli.
Tej sztuczki nauczyłem się po katastrofie Atlantydy. Byłem jednym z niewielu, którzy przeżyli katastrofę, chyba jedynym z Rady. Po latach tęsknoty za bliskimi, którzy odeszli, znalazłem kogoś, kto nauczył mnie, jak niszczyć swoje ciało na życzenie. To oczywiście zaowocowało skłonnościami mego ciała do chorób. W wyniku tego podczas afirmowania sobie zdrowia i przyjemnego życia, moja podświadomość wystraszyła się aż tak, że doznałem nagłego wzrostu temperatury ciała do granicy bezpieczeństwa. A najważniejszym z powodów owej skłonności było przekonanie o nędzności tego świata i życia. Pewnego dnia zdziwiłem się, jak silne jeszcze było to pragnienie samozniszczenia, kiedy poczułem się zmęczony wprowadzanymi przez rząd idiotycznymi pseudo-reformami, które obejmują mnie z racji prowadzenia działalności gospodarczej. Moja podświadomość powiedziała mi po prostu: “zostaw to wszystko i umrzyj. Niech inni się męczą, jeśli sprawia im to przyjemność”. Oczywiście, taką podpowiedź potraktowałem jako ważną informację na temat negatywnych wzorców przechowywanych jeszcze w podświadomości.
A gdybym nie był czujny i uległ podświadomej fascynacji? Wówczas mógłbym skończyć jak pewien dyrektor szpitala psychiatrycznego, który popełnił samobójstwo, ponieważ w wyniku “reformy” służby zdrowia brakło mu pieniędzy na wypłaty dla personelu.

Niszcząc swe ciało po katastrofie Atlantydy uwierzyłem, że ostateczną gwarancją wolności jest dla mnie prawo do śmierci w dowolnie wybranym czasie. Z tego powodu wpadłem wręcz w nałóg umierania.
Ważnym dla mnie motywem, stonowanym tylko przez nieuchronne cierpienie, które towarzyszyło takim praktykom, było pragnienie doznania śmierci w ekstazie. Przez wiele wcieleń nic nie było dla mnie aż tak ważne i cenne. Byłem gotów żyć tylko po to, by raz doświadczyć tego ekscytującego uczucia. Wymyśliłem sobie też inny sposób, by doświadczać seksualnych ekstaz. Wybierałem sobie na matki nieprzytomne, piękne kobiety, które uwielbiały seks. A nie chcąc doznawać cierpień związanych z rodzeniem się i życiem, umierałem podczas lub w okolicy porodu. Od tego pragnienia było mi najtrudniej się uwolnić. Tym bardziej, że moja podświadomość głęboko wierzyła, że nic nie może się równać z seksualną ekstazą śmierci. Wierzyła w to, pomimo że miała wiele piękniejszych i przyjemniejszych doznań związanych z medytacją i kontemplacją.

Kiedy już przydarzyło mi się przeżyć narodziny i dzieciństwo, to zazwyczaj umierałem młodo. I nie miało dla mnie większego znaczenia, czy wówczas byłem kobietą, czy mężczyzną. Umierałem młodo, gdyż balem się starości i wiążącej się z nią bezradności i niemocy. Te lęki też miały swoje karmiczne powody.

Przez wiele wcieleń dominowały u mnie motywy związane z praktykami buddyjskimi, w szczególności ze ślubowaniami bodisattwy oraz medytacją wymiany. Wyrzekłem się wówczas swego oświecenia do czasu, aż doprowadzę tam innych, a medytacja wymiany skutecznie zaniżała moje wibracje. W wyniku tego, że mój guru umierając powierzył mi swych uczniów, naprzykrzałem się im przez wiele kolejnych wcieleń i jednocześnie obwiniałem ich za to, że z powodu ich opieszałości nie mogę się oświecić. Chcąc ich nauczać stawałem się mistrzem, gdy byli gotowi uczyć się i praktykować. Z kolei gdy upadali, próbując ratować ich z otchłani piekielnych, upadałem na samo moralne dno. I zamiast ich wyciągać z “piekła”, zostawałem z nimi, ponieważ mi na nich za bardzo zależało.

Ale to męczyło i coraz bardziej zniechęcało. Zniechęcenie zawsze rodzi bunt, więc i ja co jakiś czas buntowałem się nie wiedząc, o co chodzi. Czując podświadomą niechęć do buddyzmu wkroczyłam na kilka wcieleń na drogę czarnej tantry, czując bunt przeciw chrześcijaństwu, wiązałem się z satanistami. Itd., itp.
Ot, klasyczny przypadek niewłaściwej diagnozy, w wyniku której podejmujemy błędne decyzje.

Dopiero wówczas, gdy zacząłem odwoływać się do pamięci poprzednich wcieleń, zrozumiałem, o co chodzi w moim obecnym życiu. Ale najważniejsze było to, że zauważyłem, iż dotychczas zbyt poważnie traktowałem swoje działania, swoją misję i opinie o mnie. Przy tym wszystkim poważnie nie traktowałem ani siebie, ani swoich duchowych aspiracji. Jeżeli już chciałem być na tej Ziemi, to tylko dla kogoś, ale nie dla siebie. I na moje szczęście, pewnego dnia przestałem widzieć w tym sens swego życia. Byłem tym już za bardzo zmęczony i zbyt zależny od życzeń, i zachcianek innych. Moje oczy zaczęły się otwierać, gdy czytałem książki związane z buddyzmem, ezoteryką i wiedzą tajemną -. szczególnie Huną. Ale największe pozytywne wrażenie wywarła na mnie literatura związana z rebirthingiem. Było w niej tak wiele entuzjazmu i prostoty, że przemawiała do mojego serca i umysłu. Odtąd stawałem się coraz bardziej samodzielny, niezależny i świadomy siebie. Oczywiście, że wyszedłem daleko poza to, co oferowała mi literatura, co mogli zaoferować przyjeżdżający do Polski różni mistrzowie, bo to wszystko, co najlepsze, było we mnie. Nauczyłem się czerpać radość z odkrywania tego.
Nie, nie po to napisałem te słowa, by się wywyższać, by dodać sobie prestiżu. Czytasz o tym po to, żeby pojąć, iż to, co najlepsze, jest również i w tobie! I nawet w tych ludziach, których dziś uważasz za kompletnych debili.

Dziś, kiedy pamiętam, w jaki sposób w przeszłości manipulowano mym umysłem i jak sam to czyniłem, dziwię się, że w ogóle mi się udało to wszystko odkryć i odkręcić. Tym niemniej uzyskałem pewność, że żadne przeszkody nie są realnymi dla kogoś, kto odwołuje się do Najwyższego Dobra w sobie i w innych. Pojąłem, że najważniejsze w życiu jest kierować się czystymi intencjami wobec siebie i swego rozwoju.
Inni pewnie nazwą to miłością do siebie – co też jest w porządku. A jeszcze inni egoizmem lub chamstwem – i przegrają kolejne wcielenie odżegnując się od tak przyziemnych i nieetycznych postaw.

 
Leszek Żądło - zdjęcie
  Leszek Żądło:

Polecamy książki i płyty Leszka Żądło:

Zarabiam z przyjemnością
Leszek Żądło
Prenatalne sesje regresingowe
Leszek Żądło
Huna - skuteczna modlitwa
Leszek Żądło, Roman Rybacki
Medytacje miłości
Leszek Żądło, Beata Augustynowicz