Wróć do listy artykułów

Leszek Żądło

Fascynacja drugim człowiekiem

Fascynacja drugim człowiekiem może być spowodowana różnymi przyczynami, które często mogą mieć korzenie w poprzednich wcieleniach.
Czasami bywamy ni stąd ni zowąd zafascynowani jakąś osobą. Nie jest to nikt specjalny, wyróżniający się czy znaczący w społeczeństwie, a jednak ulegamy fascynacji. Najczęściej przy tym zupełnie nie jesteśmy świadomi przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle taż budzi powszechne zdziwienie sytuacja, kiedy to osoba z pozoru nieatrakcyjna wywiera niesamowity wpływ na swoje otoczenie.
Co w narkomanie Tamim Lee zafascynowało dwie z najpiękniejszych kobiet Ameryki? Dlaczego morderca Manson nadal otoczony jest wiernymi mu aż po grób wielbicielkami? I co powoduje, że starowinki powierzają swoje ostatnie pieniądze Ojcu Rydzykowi?
Podobne przypadki budzą zdumienie, gdy patrzymy na nie z zewnątrz i wydają się oczywiste, gdy jesteśmy w nie uwikłani. Ale ani z jednego ani z drugiego punktu widzenia nie udaje się ich pojąć.
A jednak. Pewna grupa ludzi potrafi rozeznać się w tym galimatiasie. To osoby obdarzone darem jasnowidzenia. One często zauważają to, co dla innych jest zupełnie niewidoczne – a więc źródła fascynacji. Czasami jednak nie rozumieją ich i wpadają w panikę interpretując swoje wizje w kontekście obecnego wcielenia.
A cóż takiego one dostrzegają, co zakryte jest przed innymi?
Niektórzy ludzie widzieli we mnie Czarnego Maga, inni satanistę, albo nawet samego Lucyfera.
Po wielu sesjach regresingowych zrozumiałem, że miałem dość silnie obciążoną karmę. Wiązały mnie, między innymi, praktyki z bardzo odległych wcieleń o charakterze czarnomagicznym, satanistycznym i do tego stopnia rzutowały na moje obecne życie, że osoby, które miały przed wiekami silne związki ze mną, teraz przede mną uciekały. Niektórzy nieświadomie próbowali się na mnie zemścić „nie wiadomo za co”. To było niepokojące. Taka osoba dopiero na jakiejś sesji regresingu uświadamiała sobie, że mnie ściga już kilkadziesiąt lub nawet kilkaset wcieleń. No i wreszcie, kiedy mnie „dopadła”, uwalniała się od tej ciężkiej misji. Uwolnienie wynikało najczęściej ze zrozumienia, o co w tym wszystkim chodziło i jaką już za to zapłaciła cenę.
Nie widzę w tym niczego nadzwyczajnego. Pewna pani pojechała do Indii, gdzie spotkała wielkiego Mistrza Duchowości – Sai Babę. I wówczas ujrzała w nim Szatana. Napisała nawet na ten temat książkę, którą promuje się w kościołach chrześcijańskich.
Ja ze swej strony pamiętam, jak tragicznie skończyło się objawienie Szatana, którego dostrzegli katolicy w ewangelikach z Magdeburga.
Takie wizje często mówią coś o przeszłości, z którą związane były osoby, które ich doznają. Najczęściej jednak nie mają wiele wspólnego z obecnym stanem rzeczy. Osoby uwikłane niegdyś w różne idiotyczne praktyki często przechowują w podświadomości dokładne wzorce zachowań i reakcji, jakich wymagano od nich i widzą to, czego nikt inny nie jest w stanie dostrzec.
Czasami jednak fascynacja wynika z tego, że podświadomie reagujemy na różne dobrze nam znane znaki i symbole, które emanują z osób nimi oznaczonych czy „opieczętowanych” w wyniku różnych tajemnych rytuałów bądź inicjacji. Zdarza się, że do tej samej osoby na przemian czujemy fascynację i nienawiść. Zależy od tego, w jakim ona sama jest nastroju i jakie wzorce nieświadomie emanuje. A najdziwniejsze jest to, że nikt w naszym otoczeniu nie podziela takiej reakcji lub podzielają ją tylko osoby, z którymi jesteśmy szczególnie silnie związani. To też znak, że uruchomione zostały reakcje z poprzednich wcieleń.
Wiele razy obserwowałem, jak ludzie z nieprzytomnym zachwytem reagowali na kogoś, u kogo właśnie podczas sesji uruchomiły się niewidzialne gołym okiem, a jednak atrakcyjne dla nich znaki i symbole. Podczas sesji, gdy odreagowywałem mistrzów buddyjskich, natychmiast gromadziło się wokół nich grono wielbicieli z poprzednich wcieleń. Nie byli oni najczęściej świadomi, co ich do tej osoby przyciągnęło, ale czuli, że muszą przyjść. Gdy tylko mistrz uwalniał się od zobowiązania do nauczania swych byłych uczniów, ich zainteresowanie nagle zanikało.
Wielokroć widziałem też fascynację dla znaków, symboli i gestów satanistycznych, które ujawniały się podczas różnych praktyk duchowych. Oczywiście, fascynowały one tylko osoby tego nieświadome, a trwało to tak długo, aż znikły albo w wyniku odreagowania, albo w wyniku zmiany zainteresowania osoby, która je ujawniała. Często też pomagałem przejść ludziom przez uzależnienie od owych tajemnych znaków, które miały z zasady powodować odnowienie związków satanistycznych w kolejnych wcieleniach.
To naprawdę bywa ciekawe i pouczające obserwować, jak przyciągają się i grupują osoby związane wspólną karmą. W pewnej klasie technikum prawie wszyscy byli byłymi SSmanami, a w wielu grupach skinów działają byli Żydzi zamordowani przez faszystów. Widać kiedyś poczuli, komu należy się władza!
Można bez pudła stwierdzić, że z powodu pamięci poprzednich wcieleń faceci (oczywiście nie wszyscy) szaleją za kapłankami miłości, a kobiety za byłymi bohaterami, czy mistrzami duchowymi. Kiedyś nawet śmiałem się, że u wielu kobiet największe podniecenie wywołuje słowo: „facet rozwijający się duchowo”. Podniecenie w odwrotnym kierunku bywa jakby nieco mniejsze.
Fascynacja często niepostrzeżenie przemienia się w zależność od przedmiotu fascynacji. Tak dzieje się we wszystkich sektach, do których trafiają ludzie sfrustrowani, niedoceniający siebie, niesamodzielni, podatni na wpływy autorytetów. Często fascynacji osobą towarzyszy fascynacja jej iluzoryczną mocą lub rzekomym obcowaniem z „tajemnicą”. Iluzje te bywają nieraz tak silne, że zaślepiają człowieka na wszelkie argumentacje. Przykładem mogą być grupy Mansona, Świątynia Ludu, Gałąź Dawidowa, które okazały się niebezpiecznymi sektami, prowadzącymi do morderstw i samobójstw. Jednak nie zawsze, nawet z boku, sprawy wydają się tak oczywiste. Jak blisko od fascynacji do uzależnienia, przekonał się jeden z mych znajomych.
Kiedyś (w tym życiu) należał do Ruchu Hare Krishna. Później zerwał kontakt, jednak nie przyznawał się przed znajomymi, że zaprzestał praktyki. Ciągle obawiał się molestowania lub nawet prześladowań. Ciągle coś go w tym fascynowało. Szczególnie, że w pewnym momencie poczuł się wyróżniony przez osobistego guru, który dla tych ludzi znaczy więcej niż Bóg. Trwał tak w zawieszeniu między jedną droga a drugą aż do czasu, gdy pojawił się u niego gość, który przywiózł mu „pradsadam” – pożywienie poświęcone Bogu. Znajomy ten opowiedział mu, że ich guru wystąpił z ruchu i założył własną grupę kierującą się innymi nieco zasadami. Namawiał znajomego, by też się do tej grupy przyłączył. Jako dowód na słuszność swej decyzji opowiedział historię, z której wynikało, że długo sam miał wątpliwości. Potem rozchorował się i dalej wątpił. Po pół roku cierpień postanowił pójść za głosem guru i wówczas nagle ozdrowiał. To był dla niego znak, że wybrał dobrą drogę.
Kolega wysłuchał go, poużalał się nad biednym guru, który bierze na siebie cierpienia wszystkich istot i zjadł pieczone „prasadam”. Na „łaskę guru” nie musiał czekać pół roku. Jeszcze tej nocy rozchorował się ciężko i dostał majaków. Wydawało mu się, że popełnił przewinienia wobec swego guru, czuł się winny i tracił nawet przytomność. Nad ranem nie potrafił logicznie myśleć i nawet przypomnieć sobie imion znajomych. Zdominowało go poczucie winy i pragnienie odpokutowania. Po kilkunastu godzinach przypomniał sobie wreszcie, że może zatelefonować do mnie i uczynił to.
Kiedy przybyłem na miejsce, odczułem obrzydliwą (ciężką, czarną) energię zgromadzoną wokół kolegi i wokół „prasadam”. Wykonałem zabieg oczyszczania energii. Wówczas znikła ona z pokoju, ale wokół „prasadam” utrzymywała się nadal. Wstawiłem pieczone jedzenie pod wodę, by zabrała z sobą ślady klątwy. Przez długi jednak czas parszywa energia odnawiała się wokół pożywienia. Wreszcie rozgęściła się.
Mój znajomy podejrzewał, że jego dolegliwości, to nie zatrucie pokarmowe. Podczas sesji zrozumiał z łatwością, jak chciał go zmanipulować rdzenny guru. Kolega, który własnoręcznie przygotował i przywiózł „prasadam”, okazał się tylko narzędziem w ręku guru. A sposób przygotowania oddziałującego energetycznie pokarmu jest powszechnie znany i praktykowany przez wszystkich Bhaktów. Jednak nigdy dotąd ani ja ,ani mój znajomy, nie spotkaliśmy się z tak zatrutym energetycznie pożywieniem. W pewnym momencie nawet rozpoznałem znane mi z poprzednich wcieleń energie silnych klątw. Miały one działać nie tylko na znajomego, ale też na całe jego otoczenie. A to, co było w nich pozytywne, to sugestia, że przestaną działać, gdy tylko ich adresat podda się guru.
Trefne „pradsadam” zostało wreszcie spalone, co zmieniło jego stan energetyczny. Znajomy natomiast uwalniał się od różnych innych manipulacji swego guru, takich jak inscenizowanie jego snów i hipnotyczny wpływ na odległość.
Oczywiście, pamięć poprzednich wcieleń bywa często odpowiedzialna za bardzo destrukcyjne związki i tragiczne wydarzenia.
Oto pewna pani chciała uwolnić się od związku z facetem, który pod wpływem alkoholu bił ją i gwałcił. Pomimo wielu starań nie potrafiła od niego odejść. Właściwie nie zdawała sobie sprawy, że nie chciała tego uczynić. Ten związek miał bowiem uczynić z niego człowieka. Ona dawno temu zawzięła się, że go ucywilizuje, wychowa, „wyprowadzi na ludzi”. On z kolei chciał być takim, jakim był. To wywoływało konflikt. Ona jednak nie zauważając tego była gotowa zapłacić każdą cenę za wychowanie go. I płaciła, waśnie tak jak chciała.
Wielu ludzi walczy z sobą przez tysiąclecia tylko dlatego, że usiłują zmienić innych zgodnie ze swymi założeniami i cierpi ból, jeśli im się to nie udaje. A udać się nie może! Zrozumienie tego ma moc uwolnienia od konfliktów powtarzanych w kółko, aż do znudzenia.
Podobnie karmiczne powody mają decyzje wielu kobiet w rodzaju: „nie mogę go zostawić, bo on beze mnie zginie”. Może to być reminiscencja czasów, gdy ten stary koń był kiedyś dzieckiem, o które mama bardzo się martwiła. I to dzieckiem w jakiś sposób upośledzonym, gdyż normalne dają sobie w życiu radę bez dozgonnej opieki mamuś.
W związkach, jak nigdzie indziej, pamięć poprzednich wcieleń potrafi nam „wywijać niezłe numery”.
(AP) W połowie 1994 roku od swojej koleżanki dostałam adres wróżki, mieszkającej w Piotrkowie Trybunalskim. Pani ta posługiwała się kartami tarota, a ponieważ zawsze ciekawiło mnie wróżbiarstwo i odkrywanie przyszłości – postanowiłam pojechać. W Piotrkowie mieszka większość mojej rodziny, nie stało więc nic na przeszkodzie. Parę dni potem poznałam P. Basię Dziadkowską, osobę o ogromnym sercu i zdolnościach. Od razu znalazłyśmy ze sobą wspólny język. Pani ta, okazała się być dobra w tym, co robiła, a ja miałam okazję wielokrotnie już do tej pory przekonać się o tym. Prócz znajomości tarota, chiromancji, irydologii jest także bioenergoterapeutką, oraz osobą od 20 lat pracującą nad sobą, swoim rozwojem. W ciągu pół roku byłam u niej parę razy, co zaowocowało przyjaźnią i wzajemną współpracą. Basia bardzo mi pomogła i pomaga do dzisiaj, ja jej w miarę moich możliwości również. Właśnie od Basi dowiedziałam się o możliwościach powrotu do poprzednich wcieleń, o oczyszczaniu, o stanie alfa, medytacji, kontakcie z Mistrzem Duchowym itp. Poznałam też podstawy tarota /intuicję zawsze miałam dobrą/, bioenergoterapii i innych rzeczy, które na ten moment były dla mnie prawdziwymi „cudami”. To właśnie Basia skierowała moją uwagę ku psychotronice, książkom o rozwoju, medytacjom i oczyszczaniu. Pierwszą afirmacją, z jaką się zetknęłam w życiu, a którą otrzymałam od Basi, była, nie mniej – nie więcej – wielka afirmacja karmiczno – oczyszczająca, autorstwa Leszka Żądło.
Kiedyś, będąc w Piotrkowie, przyznałam się Basi, że z niewiadomego dla mnie powodu czuję się wobec niej winna, że ciągle zabiegam o jej akceptację i uznanie, i że wszystkiemu temu towarzyszy lęk, że zostanę przez nią odtrącona. To były przykre sytuacje dla mnie, ponieważ zawsze miałam kłopoty z wyrażaniem uczuć, myśli i emocji /znacznie lepiej czuję się, gdy o tym piszę/. Basia wtedy popatrzyła na mnie, a było to po moich pierwszych sesjach regresingu – i powiedziała coś, czego chyba nie zapomnę do końca mojego życia:
- ...”Znamy się nie tylko z tego wcielenia, Agnieszko. Gdy zobaczyłam cię po raz pierwszy pół roku temu, od razu wiedziałam, kim jesteś i po co wróciłaś. Poproś swojego Opiekuna Duchowego, by pokazał ci historię o trzech miedzianych kubkach. To ważne i pamiętaj, ja wybaczyłam ci już dawno temu. Teraz ty wybacz sobie, a wszystko będzie dobrze”. Bardzo przeżyłam jej słowa i skądś miałam pewność, od razu, że w jakiś sposób ją otrułam, że w kubkach była trucizna. Zapytałam ją o to – Basia kiwnęła głową na znak zgody i dodała jeszcze – „nie przejmuj się, będzie dobrze. Bez względu na to co zobaczysz w regresingu, nie przejmuj się, będzie dobrze”. W parę dni po powrocie do Sosnowca zdecydowałam się wejść w regresing, a pierwszym obrazem, który zobaczyłam, były olbrzymie, ośnieżone góry. Wiedziałam, że jestem w Tybecie:
...”Siedzę na grzbiecie dużego, jucznego zwierzęcia, ubranego w grube skóry. Jest mi zimno. Tuż przede mną, w odległości około 3-4 metrów, przedziera się przez śnieg dwóch ludzi – to przewodnicy, których wynająłem, aby przeprowadzili mnie przez góry. Jestem mężczyzną, mam 35 lat i wracam po 3 letnim pobycie w Chinach do swego macierzystego klasztoru, do Lhasy. Skądś wiem, że przede mną jest jeszcze około 2 tygodnie marszu przez góry. Jestem bardzo zmęczony i śpiący. najgorsze jednak jest ciągłe zimno, bardzo niskie temperatury i nieustające opady śniegu, który wdziera mi się w nos, usta, oczy i pod ubranie.
Przesunięcie w czasie – rozłożyliśmy obóz pod skalnym występem. Siedzimy w trójkę na matach, rozmawiamy. Denerwuję się, oni nie chcą iść dalej, mówią coś o duchach gór, boją się. Żadne moje argumenty nie trafiają do nich. Chcą wracać i żądają zapłaty. Wiem, że jeśli zatrzymam ich siłą, przy najbliższej okazji, pod osłoną nocy uciekną. Decyduję się więc ich zwolnić i dalszą drogę przebyć sam. Wiem, że to niebezpieczne, nie mam jednak innego wyjścia – muszę sobie poradzić. Wstaję z maty, podchodzę do objuczonego zwierzęcia i zaczynam grzebać w jukach za umówioną zapłatą. Moje myśli krążą wokół dalszej drogi – martwię się i boję, ponieważ nie znam dobrze tej części gór, wiem, że łatwo można się zgubić, zamarznąć, stracić życie. Podczas dwudziestu paru lat spędzonych w klasztorze wielokrotnie słyszałem opowieści o samotnych przeprawach, zaginięciach, albo przypadkowo odnalezionych zwłokach ludzi, którzy zgubili drogę.
Z zamyślenia wyrywa mnie zawiniątko, mały skórzany woreczek z Chin, na który natknąłem się ręką przy przeszukiwaniu bagażu. Natychmiast rzucam spojrzenie w stronę moich przewodników – ukradkowe spojrzenie, czy aby nie widzieli, co trzymam w dłoni? Czuję niepokój – nikt nie może się dowiedzieć, co jest w tym woreczku, nikt!

x x x

W tym regresingu przeżywam również coś, jakby rozdwojenie świadomości. Dotykając woreczka czuję ogromny niepokój o to, co ja tam w Tybecie chcę zrobić z jego zawartością. Wręcz ogarnia mnie lęk, że zrobię coś strasznego, że moje zamiary wcale nie są duchowe i że ktoś będzie z mojego powodu cierpiał. To bardzo przykra chwila. Nie wiem dlaczego, ale zawsze, gdy dowiaduję się, że kiedyś, gdzieś postąpiłam źle – odbieram to jako coś strasznego i zamiast się cieszyć, że takie rzeczy pomagają mi w oczyszczaniu – ja czuję się nimi, tymi wspomnieniami przybita i nie wiedząc dlaczego, traktuję je jako osobistą klęskę. W pewien sposób ma to związek z ofiarą we mnie i wyparciem się świadomości, że ja też krzywdzę ludzi, a nie tylko oni mnie.
Czuję jednak, że to nie wszystko. Kilka razy „złapałam się” na czymś dziwnym – w myślach i odczuciach: jestem idealna, zawsze taka byłam, najlepsza, oświecona, pełna mądrości, nigdy nie popełniłam ani nie popełniam błędów, moja ścieżka duchowa to same sukcesy. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale wiem, że to jakieś wielkie zakłamanie i lęk przed prawdą o swoim rozwoju.
“Przeniesiona w czasie” jestem na dziedzińcu klasztoru. Młody chłopiec zabrał już moje bagaże, inny odprowadza jaka do stajni. Idę powoli schodami do góry. Przemierzam wąskie, ciemne korytarze, mijając ubranych w długie szaty lamów. Witamy się uśmiechami. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie było mnie w klasztorze 3 lata, że główny lama powierzył mi misję w Chinach. Miałem zanieść Chińskiemu władcy jakąś przepowiednię, ostrzec go przed czymś i czuwać przy nim do czasu, aż zagrożenie minie.
Do klasztoru wróciłem dopiero teraz, po zakończeniu swojej misji. Docieram do “celi”, małego pomieszczenia o wymiarach 3×3 metry z małym okienkiem i położoną, nową matą do spania na ziemi. Moje bagaże już tu są. Siadam więc ze skrzyżowanymi nogami na macie i rozpakowuję juki. Jakąś chwilę potem do celi wchodzi młodziutki, może 17 – letni chłopiec, z ogoloną głową, jak wszyscy w klasztorze. Skądś wiem, że to moja obecna kuzynka Ewa, że nie jest lamą tylko kandydatem, kimś kto na razie zajmuje się usługiwaniem, przygotowywaniem posiłków.
Przeniesienie w czasie – od chwili mojego powrotu minęło już kilka dni. Ponownie jestem w swojej celi. Przede mną na ziemi stoją trzy miedziane kubki. W dwóch jest suszona herbata, w trzecim herbata z trującymi ziołami. Wszystkie kubki zalewam wrzątkiem. Młody chłopiec (Ewa) stoi przy kotarze zasłaniającej wejście, czeka, przyglądając się co robię. Ma zabrać herbatę i zanieść ją do pomieszczenia naszego głównego przełożonego. Skądś wiem, że ten chłopiec jest ze mną w zmowie. Skądś wiem, że za jego pomoc obiecałem mu jakieś przywileje i skrócenie czasu oczekiwania na przyjęcie do kręgu lamów – normalnie taki okres trwa kilka lat. Nie myślę o niczym, patrzę na parującą zawartość kubków. Widzę, jak daję znak chłopcu, a on bierze tacę z herbatą i wychodzi. Wiem, że za chwilę stanie się to, o czym myślałem od dawna. Zostaję sam, siedzę na macie. Mija jedna chwila, druga, trzecia, czwarta ... Coś zaczyna się ze mną dziać – serce wali w piersi, coraz szybciej i szybciej, krew napływa do głowy, umysł ogarnia niecierpliwość. Nie mogę dłużej czekać! Nie mogę czekać! Wstaję i po cichu, tak by nikt mnie nie zobaczył – ruszam w stronę pomieszczenia głównego lamy. W klasztorze panuje cisza – jedyny stłumiony nieco odgłos, jaki tu dobiega, to śpiew modlących się lamów. Idę coraz szybciej. Po dotarciu do miejsca delikatnie uchylam kotary. To, co widzę, wstrząsa mną, przeraża i powoduje, że oddech zamiera mi w płucach.
Basia, /natychmiast rozpoznaję ją jako mojego przełożonego/, siedzi w ciszy i całkowitym spokoju na macie w pozycji lotosu. Ma otwarte oczy, znam to spojrzenie – niewidzące, łagodne i pełne ciepła. Widziałem je już nieraz u tych, którzy medytują, u tych którzy widzą więcej niż otaczające ich mury.
W lewej dłoni mistrza spoczywa mały modlitewny młynek, a przed nim na podłodze stoi opróżniony do połowy kubek z trującą zawartością. Ten widok mną wstrząsnął – oczekiwałem wszystkiego, tylko nie tego. Natomiast to, co mnie przeraziło – było zrozumieniem na wskutek tego, co zobaczyłem.
Patrząc na mistrza wiedziałem, że on od dawna wiedział, co się stanie, że w jego kubku jest trucizna, że to ja jestem za to odpowiedzialny. On wiedział! Przeraziła mnie jego siła i spokój, i to, że wiedział i zgodził się, że zaakceptował własną śmierć, własne otrucie. Skądś też wiedziałem, że się za mnie modlił, że mi wybaczył w chwili, gdy ja stałem za zasłoną i patrzyłem. To było przerażające. Nie mogąc znieść tego wszystkiego, nie mogąc znieść własnych wyrzutów, poczucia winy i wątpliwości – uciekam stamtąd. Biegiem wracam do własnej celi.
W głowie mam tylko jedno: „co ja zrobiłem, co ja zrobiłem, co ja zrobiłem?!” Czuję, jak ogromny ciężar zwala mi się na barki, jak coraz bardziej i bardziej mnie przygniata wywołując samooskarżenia i nienawiść do siebie za to, co zrobiłem. Płaczę.
Przeniesienie w czasie – jestem w jasno oświetlonym pomieszczeniu, wraz z 50 innymi lamami. Stoimy w dwóch rzędach po prawej i po lewej stronie ustawionego pośrodku pomieszczenia dużego, kamiennego katafalku. Na nim owinięte w białą płachtę leży martwe ciało Basi. Wszyscy modlimy się i śpiewamy. Od kilku dni klasztor jest w żałobie, a z okolic ściągają pielgrzymi, by pożegnać się ze zmarłym lamą. Stoję w szeregu w znacznej odległości od zwłok. Czuję się strasznie, mam w sobie cały czas wyrzuty sumienia i poczucie winy. Uważam się za kogoś, kto nie ma prawa tu być, kto postąpił wbrew prawu i odwrócił się nie tylko od swojego mistrza, ale i Boga, mimo tego, że tylko ja wiem, co było przyczyną śmierci starego lamy. Nikt mnie nie podejrzewa, nikt nie ma pojęcia, co się naprawdę stało. Wygląda na to, ze sam sobie wymierzam karę.
Przeniesienie w czasie – opuszczam klasztor. Nie jestem godny bycia lamą, nie po tym co zrobiłem. Mam na sobie zwykłe ubranie, włosy zaczynają mi odrastać. Nie chcę żyć. Kieruję się w góry z zamiarem śmierci. Nie biorę ze sobą jedzenia, wody ani ciepłych skór. Mam wrażenie, że przez własną głupotę zmarnowałem całe swoje życie, tylko dlatego, ze zazdrościłem swojemu przełożonemu władzy, jaką posiadał nad klasztorem, że był kimś, że był mistrzem i że wszyscy go słuchali, szanowali i traktowali jak Boga. Marzyło mi się zająć jego miejsce.
Przeniesienie w czasie – nie wiem, gdzie jestem, wokół szaleje śnieżyca. Jest bardzo zimno. Leżę przytulony do skały, obojętny na to, co się ze mną stanie. Czuję, że zamarzam. Ostatnia myśl, której jestem świadomy, to myśl o śmierci, o tym, że właśnie umieram.

x x x

Historia ta została potwierdzona przez Basię. Wiem też, że nie została jeszcze przepracowana przeze mnie. Dwa razy od czasu sesji, niespodziewanie dla mnie i dla innych wybuchałam płaczem z powodu poczucia winy względem Basi, prosząc ją o przebaczenie.
Do tej pory moje próby wybaczenia sobie nie dają rezultatów i to nie tylko w tej sprawie. Mam problem z wybaczeniem w ogóle i nie jestem jak dotąd świadoma przyczyn takiego mechanizmu w sobie.

Fragment z książki: Pamięć poprzednich wcieleń.

Dziękuję Kasi Ostrowskiej i Agnieszce Panderskiej, które spisały relacje z sesji regresingu.

 
Leszek Żądło - zdjęcie
  Leszek Żądło:

Polecamy książki i płyty Leszka Żądło:

Psychologia robienia pieniędzy
Leszek Żądło
Poradnik rozwoju duchowego
Leszek Żądło