Wróć do listy artykułów

Leszek Żądło

Pamięć związków

Psychologowie zaobserwowali, że wszystkie związki, które zakończyły się źle, wywierają negatywny wpływ na obecny związek. Otóż negatywnie doświadczona osoba oczekuje na powtórzenie się, odegranie takiego samego scenariusza i podświadomie prowokuje, by tak się stało. Oto przykład:
Młoda kobieta uciekła z domu i związała się z jedynym mężczyzną, który wydawał jej się godnym miłości i szacunku. Właściwie, to nie widziała za nim świata! Po kilku latach związku poczuła się zmęczona tym, że ukochany wypożyczał ją dla seksu swoim przełożonym i kolegom. Ona do pewnego stopnia rozumiała, że w ten sposób pomaga mu w karierze, ale wreszcie poczuła się zmęczona. Właściwie cały jej problem polegał na tym, że chciała się dowiedzieć, kiedy on wreszcie przestanie ją wypożyczać i kiedy będzie mogła oddawać się tylko jemu?
Ot, klasyczny przykład zaślepienia. Kobieta ta wcześniej musiała oddawać się ojcu, o czym dobrze wiedziała. Nie wiedziała tylko o tym, że w poprzednich wcieleniach robiła już to samo i z podobnych pobudek. Być może nawet, że żyła w społeczności, w której wypożyczenie gościowi żony na noc jest oznaką najwyższego szacunku, jaki można mu okazać. Takiej możliwości nie brała w ogóle pod uwagę, gdyż ani nie wierzyła w poprzednie wcielenia, ani nie podejrzewała, że jej związek bazuje na kompletnym zaślepieniu, które nazywała miłością i oddaniem. A przecież odwołując się do pamięci poprzednich wcieleń mogła uzdrowić swoją sytuację. Mogła, ale … wolała trwać w takim układzie, gdyż bała się innego.
Za zaślepienie, które przybiera aż tak drastyczną formę, najczęściej odpowiedzialna jest pamięć poprzednich wcieleń. Uzdrowienie takiego związku jest możliwe przede wszystkim przez uświadomienie sobie wszelkich powiązań i ich przyczyn, jakie zaszły w dalekiej przeszłości między partnerami. Wymaga to wiele cierpliwości i chęci dokonania zmian. Alternatywą jest życie złudzeniami i spełnianie oczekiwań zupełnie nieadekwatnych do obecnej sytuacji. A to prędzej czy później musi doprowadzić do bolesnej konfrontacji z obecną rzeczywistością. I znów za niepowodzenie komuś się oberwie. Komuś, to nie zawsze znaczy, tej drugiej stronie.
Podobnie sprawy się mają, gdy ktoś jest przekonany, iż któryś z jego poprzednich związków był bardziej udany i satysfakcjonujący od obecnego. Wówczas u takiej osoby dominuje tęsknota za tamtym związkiem i postępujące niezadowolenie z obecnego. Niezadowolenie może mieć swe źródła również w wyobrażeniach, że z inną osobą udałoby się na pewno lepiej, że byłoby przyjemniej itd., itp. Osoby te żyją w pewnym rujnującym je psychicznie rozdwojeniu uważając, że czym innym jest kogoś kochać, a czym innym współżyć z kimś seksualnie i tworzyć związek. Pierwszym powodem tworzenia takich związków jest głębokie pragnienie ukarania się za zdradę seksualną lub za seks z byle kim – najczęściej z „klinem”, który miał pomóc się odkochać. Drugim motywem spowodowanym taką sytuację jest tęsknota za kim innym, niż partner, czasami wręcz idealizowanie go.
Znam przypadki, kiedy to małżonki odrzucały seksualnie swych mężów i uważały, że stają się mistycznymi partnerkami Sai Baby, Jezusa, czy jeszcze kogoś innego. Dla niego chciały zachować czystość, a dla siebie… mieszkanie i pieniądze męża.
Ktoś powie, że to stare wredne, głupie baby.
Nie zawsze stare, ale na pewno wredne – i to przede wszystkim wobec siebie. Głupotę pomijam, gdyż za nią zawsze kryje się zaślepienie. Gdy ono mija, człowiek nagle staje się mądry.
Naprawdę, mało kto z osób znajdujących się w takich związkach, zastanawia się nad jednym faktem: gdyby ta osoba rzeczywiście była najlepszym dla mnie partnerem, to na pewno byłaby teraz ze mną. Takie rozwiązanie jednak wydaje się zbyt nierealne, gdyż jest zbyt proste i nieskomplikowane! A poza tym, trzeba by zaakceptować, że tym właściwym partnerem jest kto inny.
Handel żywym towarem – czyli zawieranie małżeństw – kwitł na całym świecie. Mało gdzie i mało kiedy ludzie mieli szanse kierować się miłością w doborze partnerów. Najczęściej byli jednak zmuszani, by ślubować dozgonną miłość osobom, których wcześniej nie znały. Miłość, owszem, zdarzała się, ale zwykle nie między małżonkami. Małżeństwo w większości kultur, włączając to chrześcijańską, to tylko biznes mający zapewnić utrzymanie potomstwu. Biznes, zwany miłością. Dopiero od niewielu lat ludzie mają możliwość decydowania, z kim chcą się związać. A ponieważ tak naprawdę nie zawsze są tego pewni, to mnoży się liczba rozwodów.
Nasza niepewność może wiązać się z tym, że w poprzednich wcieleniach mieliśmy przecież dużo różnych partnerów. Z każdym z nich chcieliśmy ułożyć sobie życia najlepiej, jak to było możliwe. Zaczynamy być tego świadomi dopiero wówczas, gdy odwołujemy się do pamięci poprzednich wcieleń. I wtedy dopiero „wychodzi szydło z worka”!
Wiele kobiet nie widzi życia poza tym, który dawno, dawno temu obiecał im, że tylko on im może zapewnić ochronę i bezpieczeństwo. Inne szaleją za facetami, którzy wmówili im, że nikt im tak dobrze nie zrobi w łóżku, jak waśnie oni.
Również mężczyznom zdarza się, że nie widzą świata poza tą jedną jedyną, która intensywnie pracowała w przeszłości nad obrobieniem ich umysłów
Zdarza się, że trans zakochania pojawia się u obojga jednocześnie. Świat staje się kolorowy, śpiewają ptaszki, w oczach fruwają motylki. Tylko umysł nie zdaje sobie sprawy z faktu, że kiedyś został odurzony halucynogenami i afrodyzjakami. U takich osób myśl o rozstaniu wyzwala poczucie wewnętrznej pustki, jakby uczuciowego wypalenia i wrażenie szarości. To najlepszy ślad po kacu, który jest nieodłączną częścią procesu ćpania. Czasami u partnerów od pierwszego wejrzenia pojawia się przemożne pragnienie, by razem się naćpać czy zachlać i odnowić to, co kiedyś sprawiało rzekomo tak wielką rozkosz. To wszystko wydaje się niezwykle pociągające.
Do grupy pragnień uwarunkowanych w poprzednich wcieleniach należy pożądanie seksu grupowego, seksu z wieloma partnerami, czy nawet ze zwierzętami. Wszystkie owe pożądania bazują na najczęściej mało przytomnych doświadczeniach, które odcisnęły piętno na pamięci poprzednich wcieleń. I od nich wszystkich można się uwolnić przypominając sobie świadomie, skąd się wzięły i w jak nieprzytomnym stanie umysłu zostały zapamiętane.
U pewnej panienki pojawiło się nagłe poczucie bezpieczeństwa, gdy poznała dużo starszego od niej mężczyznę. Już na pierwszym spotkaniu pierwszy raz w życiu pozwoliła sobie upić się do nieprzytomności. Potem było coraz lepiej, ale coraz mniej przytomnie. Wreszcie zaczęła się niepokoić, gdyż zauważyła, że jej uczucia nie oddają tego, co jest w rzeczywistości, że to, co się dzieje naprawdę, poza okresami odlotów, zupełnie nie przystaje do miłych wrażeń z czasu nieprzytomności. Zaczęła badać pamięć poprzednich wcieleń i tu odkryła, że wiele razy była żoną czy partnerką owego pana. I zawsze przy nim używała narkotycznych stymulatorów szczęścia i seksualnej przyjemności. Zrozumiała, że tylko dzięki nim mogła z nim wytrzymać i nie czuła do niego wstrętu.
Podobne zrozumienie uzyskało wiele innych osób, a dzięki niemu mogły trzeźwiej popatrzyć na swe związki i partnerów. Często związek rozpadał się w wyniku otrzeźwienia. A czasami pogłębiała się wzajemna miłość partnerów.
Oczywiście, że osoba, z którą właśnie jesteśmy, nie musi być dla nas najodpowiedniejszym towarzyszem życia. To dlatego istnieje możliwość rozstania się i związania z kim innym.
Jak wieść niesie, pewien młody człowiek poprosił guru, by ten wybrał mu najodpowiedniejszą partnerkę. Guru wziął więc z tłumu pierwszą lepszą kobietę i powiedział do nich: „kochajcie się!”
Próbowali, a jakże, przez kilka lat i nic im nie wychodziło. Wreszcie postanowili zapytać guru, dlaczego im nie wychodzi? A On odrzekł: „w sprawach serca, słuchaj serca, a nie guru”.
Zawsze warto zadać sobie pytanie: dlaczego ta osoba, z którą jestem, wydaje mi się najważniejsza, dlaczego nie wyobrażam sobie życia bez niej lub z kim innym.
Owszem, możesz sobie wyobrażać, że żyjesz z kim innym, a żyć waśnie z tą osobą. Wówczas musisz sobie uczciwe odpowiedzieć, w którym miejscu i dlaczego się oszukujesz? Tylko to przyniesie ci rozwiązanie wewnętrznego konfliktu.
Istnieje mnóstwo powodów, dla których ludzie, którzy się nie kochają, trzymają się siebie z uporem maniaków. I tyleż powodów, dla których ludzie, którzy się kochają, nie tworzą z sobą związków.
Dość istotnym obciążeniem związków, mającym wyraźne źródła w poprzednich wcieleniach, są różnego rodzaju zakazy tworzenia związków z pewnymi osobami. Mogą to być skutki tabu (zakazów) rytualnych, społecznych bądź ekonomicznych. Miłość miłością, ale trzeba pomyśleć o karierze, o zapewnieniu bytu dzieciom, a nawet o władzy. Dla tak szczytnych ideałów „zawsze warto zrezygnować z miłości”, bo czymże ona wydaje się wobec ogromu zmartwień i niepewności, jakie niesie z sobą życie.
Czasami ze zdziwieniem obserwowałem, jak pewna bliska mi osoba zachowuje się dokładnie tak samo, jak przed kilkudziesięciu tysiącami lat, kiedy to po śmierci swego partnera wtargnęła do mojej jaskini i nie chciała jej za żadną cenę opuścić zaburzając mi w ten sposób mój spokój i poczucie bezpieczeństwa. A ja czułem się bezradny, bo w żaden sposób nie potrafiłem jej wyrzucić. No i już tam została. Mało tego! Po jakimś czasie zawłaszczyła mnie!
Zakazy tworzenia związków mogą być spowodowane nie tylko przez różne zakazy z zewnątrz. Mogą one również wynikać z poczucia zawodu, jakiego doświadczyliśmy w związku z dana osobą. To poczucie może być aż tak bolesne, że nie mamy ani sił ani ochoty ryzykować czegoś podobnego.
Z pewnego mojego związku nic nie wyszło, pomimo że było w nim wiele miłości i wzajemnej fascynacji. Na wierzch jednak wychodziły ciągle różne karmiczne sceny, co zaczęło być bardzo męczące. Wobec czego ona wolała wybrać spokój. Prawdę mówiąc do końca nie była pewna, czy chce ze mną być, czy odejść. Jak się w pewnym momencie zorientowałam, nie mogła się w tym związku czuć bezpieczna. A nie mogła nie tylko dlatego, ze wiele razy rzucano na nas klątwy i usiłowano nie dopuścić do połączenia się. Zorientowałam się, że najbardziej przerażało ją wspomnienie wielokroć powtarzającego się scenariusza, kiedy to ja umierałem na jej oczach. Po kilku miesiącach związku widziała we mnie tylko objawy zbliżającej się starości, niemocy i śmierci. To ją drażniło coraz bardziej.
W pewnym momencie, wiele lat po rozstaniu, przypomniałem sobie, jak będąc świadkiem mojej śmierci przeklinała mnie za to, że obiecałem jej, iż nigdy się nie rozstaniemy, a przecież tak srodze ją zawiodłem. Zaklinała się przy tym, że już nigdy mi nie uwierzy. No i słusznie, bo jakoś nie za bardzo wierzę w nieśmiertelność swego ciała. Co innego, jeśli chodzi o moją duszę!
Zakazy tworzenia związków mogą być spowodowane również zabiegami osób, które chciały zająć miejsce przy kimś ważnym dla nich. Ile to razy słyszymy: „on (ona) się dla ciebie nie nadaje, nie pasujecie do siebie” itp. Czasami intencje osób, które to mówią, są widoczne na pierwszy rzut oka, często jednak wydają się wynikać z troski o naszą przyszłość. A, jak chcemy wierzyć, ten, kto się o nas troszczy, na pewno musi nas kochać. A to błąd.
Bolało mnie serce i oto przypomniałem sobie, jak pewna piękna „zakontraktowana” mi na kilka wcieleń kobieta przekonywała mnie machając nade mną magiczną różdżką: „Zamknij swoje serce na mnie. Twoje serce jest na mnie zamknięte”. Przypomniałem sobie, że miała wówczas obrzydliwe intencje wobec mnie, siebie i pewnego pana, któremu miała zamiar sprzedać się za władzę i pieniądze.
Jej miejsce zajęła inna, która z kolei przekonywała mnie: „doskonale ci ją zastąpię. Zobaczysz, będziesz ze mnie zadowolony”. Ale to już nie było to – nie ta figura i nie ten trans zachwytu. Brakowało też odpowiednich hipnoz. Z tego powodu żyłem z jedną, a pragnąłem drugiej. I nie byłem szczęśliwy, choć obie kochałem.
Podobnych przykładów znam znacznie więcej. A słowa przestróg lub ostrzeżeń przed związkami z pewnymi osobami, są zazwyczaj tymi samymi, za pomocą których usiłowano nas „ustawić” w odległych wcieleniach. Prowokujemy do nich tylko dlatego, że dawno temu uwierzyliśmy w ich prawdziwość i teraz, gdy dochodzi do konfliktu miedzy uczuciem miłości a wątpliwościami, podświadomie, a czasami nawet i świadomie, szukamy potwierdzeń, że nasze stanowisko jest słuszne. Ach , jakże naiwni jesteśmy wówczas sądząc, że uzyskamy obiektywne opinie i to od tych samych, którzy kiedyś wątpliwości posiali nam w umyśle. My, oczywiście, najczęściej o tym nie mamy pojęcia. Uważamy, że właśnie w tej sprawie są to osoby najbardziej godne zaufania. Przecież gdzieś w pamięci tkwi ślad sytuacji, w której te osoby nam pomogły utwierdzić się w naszych wątpliwościach. I przecież wyszło na to, że miały rację. Teraz tylko potwierdzają je. I tak z wcielenia na wcielenie!
Ponieważ pewne programy decydujące o jakości naszych związków kodowaliśmy w pamięci przez wiele wcieleń, to na ich odkodowanie często potrzebujemy wielu sesji. Często wspomnienia pomagające rozwiązać problemy pojawiające się w związku, ciągną się przez długi okres czasu i pojawiają w różnych, najmniej spodziewanych okolicznościach.

Oto przykład takiego ciągu sesji (KO):

Wspomnienia z 30. IV.98:

Znajduję się w jakimś ciemnym korytarzu. Wchodzę do komnaty i wyglądam z małego okienka. Dookoła rozciąga się piękny widok okolicy. U dołu budowli, w której mieszkam, jest fosa i zwodzony most, nieco dalej ogród z różami. Dookoła otacza go półkoliście droga dojazdowa. W ogrodzie pracuje kobieta, mając na głowie coś przypominającego czepek. Dom, a raczej zamek, zbudowano z surowej cegły. Jego konstrukcja przypomina poukładane obok siebie bryły. Zauważam wieżę pokrytą dachem w kształcie stożka, zgodnie z zasadami architektury romańskiej. Moją uwagę zwraca budowla, która wcale nie pasuje do pozostałych. Stoi ona w prawo, na skos od mojego zamku, niczym wyjęta z innej epoki. Skąd się tam wzięła? Jest masywna i bogato zdobiona w płaskorzeźby. To łuk triumfalny – starorzymska brama dojazdowa. Tak. Rzymianie wznosili swoje budowle, gdzie tylko się pojawili. Tymczasem ja żyję w średniowiecznej Francji, gdzieś na prowincji poza miastem. Mój zamek otaczają pola z dojrzewającym zbożem i łąki. Wyglądam przez małe okienko. Uśmiecham się i zaczynam sobie wszystko przypominać. Właśnie dziś mają się odbyć moje zaręczyny. Idę z grupą ludzi wzdłuż szerokiego korytarza, lecz nagle odrywam się od nich, zakręcam w kółko i zawieszam na szyi narzeczonego. Jestem przy nim taka mała. On jest brunetem. Ma na sobie krótką sukmanę, rajstopki i spiczaste na końcach buty. Na sukmanie widnieje herb jego rodu. W przeciwieństwie do mnie on zachowuje się zgodnie z obowiązującą etykietą. Kiedy więc zawiesiłam się na jego szyi, nie objął mnie, tylko mimo woli wyciągnął ręce do przodu. Goście okazali zdziwienie. Lecz ja nie przejmując się tym bardzo odbiłam się od bruneta, po czym znowu zaczęłam wirować, biegać, skakać. Jeden z gości /nazwijmy go W./ wychylił się z tłumu patrząc na mnie z wyrazem miłego zaskoczenia na twarzy. Miał ciemne włosy i piękne, mocno niebieskie oczy. Ja tymczasem klepnęłam bruneta w ramię wykrzykując: „Berek!”, po czym uciekłam na drugi koniec orszaku.
Co ja tu robię?
Z nami jest również rodzina człowieka, który miał zostać moim narzeczonym, wyżej sytuowana od mojej, mająca układy na zamku władcy. A ja bawię się w berka! Mam chyba szesnaście lat, jestem więc bardzo młoda. Co ja będę robić z tym człowiekiem, skoro nawet nie można się z nim bawić w berka? Wchodzimy do komnaty, w której stoi trzyczęściowy stół, tworzący swym kształtem prostokąt bez dolnego boku. Posadzka zrobiona jest z kamienia. W oknach mienią się kolorowe witraże. Wraz z brunetem stanęłam pośrodku stołu, po bokach nasi rodzice. Gdy już każdy zajął swoje miejsce, ogłoszono zaręczyny. Dopiero teraz można było usiąść i pozwolić sobie na spożycie posiłku. Ja jednak wstałam wypowiadając słowo, które spowodowało, że goście zamarli w bezruchu.

—Nie! – rozległo się po sali – Nie ogłaszamy.

Mówiąc to usiadłam. Miałam teraz ochotę zachęcić wszystkich do apetycznie wyglądającej potrawy. Spoglądałam na nią łakomym okiem, lecz oto moją uwagę zwróciła grobowa cisza panująca dookoła. Podniosłam wzrok i stwierdziłam, że wszystkie oczy skierowane były w moją stronę. Moi rodzice zdawali się prosić w milczeniu: „Odwołaj to! Co ty wyprawiasz?!”. Poczułam się więc w obowiązku uzasadnić moją rewolucyjną decyzję.

—Nasze małżeństwo nie miałoby szansy przetrwać – wyjaśniłam, wstając z krzesła – Nie umiem grać. Jestem szczera, a na dworze konieczne jest postępowanie zgodne z etykietą, ja natomiast nie potrafię udawać. Jeśli ktoś mi się podoba, wyrażam to jawnie. Jeśli ktoś jest brzydki, o, jak na przykład ta kobieta – wskazałam na jedną z dam /!/ – mówię mu o tym …

Następnie zwróciłam się do rodziców kandydata na męża:

—Chyba zdają sobie państwo sprawę, że byłabym złą żoną dla waszego syna. Nie nadaję się też do towarzystwa, w którym przebywacie. Nie chcę się płaszczyć przed władcą, jeśli nie mam na to ochoty.
Doradziłam im potem na osobności, aby raczej sami znaleźli odpowiednią żonę dla syna. Ich wybór z pewnością okaże się słuszny. Kiedy mówiłam tamte słowa, W. usiłował zachować powagę, lecz nie do końca udawało mu się ukryć rozbawienie.
„Nareszcie kobieta!” – zdawał się mówić roześmianym sercem. – „naturalna, normalna kobieta. Inna niż wszystkie”.
Po mojej przemowie nastąpiło rozluźnienie atmosfery. Nawet rodzice bruneta robili wrażenie usatysfakcjonowanych. Wszyscy pojedli i w zgodzie szykowali się do pożegnania. Zanim jednak na dobre wyszli z zamku, ja i W. czyniliśmy wszelkie starania, aby opóźnić czas jego wyjścia. Ociągałam się z odprowadzaniem gości. W końcu, kiedy W. miał już opuścić zamek, wcisnęłam mu w dłoń niebieską wstążeczkę. Spojrzał na nią i aż potknął się z wrażenia. Wręczenie wstążeczki było równoznaczne z wypowiedzeniem słów: „Chcę zostać damą twego serca”. W tym samym czasie, kiedy przerwałam zaręczyny, dokonałam wyboru niejako nowego narzeczonego. Dla moich rodziców było to stanowczo zbyt wiele, jak na jeden wieczór. Tym bardziej, że pozostali goście zauważyli mój gest. Ja po zamknięciu drzwi zaczęłam się znowu okręcać, tańczyć, wirować, aż mi się zaczęło kręcić w głowie.
W końcu opadłam rękami na stół, naprzeciwko moich rodziców i zawołałam:

—Jestem szczęśliwa!

Przez kolejne dni wyglądałam przez okno w oczekiwaniu na wiadomość. I oto zauważyłam jeźdźca pędzącego do zamku na rozszalałym, spienionym koniu. Sądząc, że to goniec posłany od W., usiłowałam jak najszybciej zbiec po schodach, stale potykając się o swoją suknię. Welon z mojej wysokiej, spiczastej czapki unosił się za mną, a niesforna suknia plątała przy nogach. Niemal klnąc na nią, pod arkadami wpadłam na W.. Właściwie razem wpadliśmy na siebie. Przyjechał osobiście, mimo, że mogło być to niebezpieczne. Podniósł mnie do góry i okręcił dookoła. Chciał mnie ucałować, lecz nie pozwoliłam na to. Wzięłam go jednak za rękę i razem ruszyliśmy do ogrodu.

—Opowiadaj! – zawołałam.

Wtedy zaczął opisywać z wielkim zaangażowaniem przygody, które były jego udziałem podczas wyprawy. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia!
W pewnej chwili zorientowałam się, że biegnie za nami starsza kobieta w czepku. Była ona za mnie osobiście odpowiedzialna.

—Uciekniemy jej? – wpadłam na kolejny szalony pomysł.

W. zgodził się, więc zaczęliśmy biec. Był piękny, wiosenny dzień. Po lewej stronie ogrodu rósł wysoki żywopłot, a my uciekaliśmy alejkami. W końcu przycupnęliśmy za jednym z niższych żywopłotów. Niestety, czubek mojego nakrycia głowy zdradził miejsce naszej obecności.

—Niech księżniczka nie sprawia nam tylu kłopotów! – prosiła opiekunka.

Zgodziłam się więc, aby być już grzeczną.
Od najmłodszych lat lubiłam przesiadywać w kuchni, jeść ze służbą. Uczestniczyłam też z nimi w żniwach. Organizowali mi wtedy przebranie, abym nie została rozpoznana.
To od nich nauczyłam się tak niekonwencjonalnych dla książęcego rodu zachowań. Już bez trzymania się za ręce ruszyliśmy przodem. Za nami kroczyła opiekunka. Odwróciłam się jeszcze do niej i przez ramię, niby szeptem, ale tak, aby słyszał W., rzuciłam wyraźnie akcentując słowa:

—Świetnie całuje!

2. Sesja z 26.V.98.

Siedzę na sofie. Jestem sama w dużym, jasnym pomieszczeniu. Po lewej stronie sofy, na wysokiej nóżce, leży małe naczynie, służące prawdopodobnie do mycia rąk, poza tym w pokoju jest wiele przestrzeni. Mam na sobie biała tunikę. Między ramionami część materiału równo pomarszczonego opada elegancko w kształcie półksiężyca. Jestem piękną kobietą! Moje czarne włosy na górze upięte są w kok, po bokach i z tyłu głowy spływają w kształcie fal. Mam orli nos, ale to wcale nie ujmuje mi uroku.
W pokoju ściany pomalowane są biała farbą. Stoję w drzwiach, czy też wyglądam przez okno ... Na zewnątrz dostrzegam kolumny, dalej ocean. Na brzegu nie ma zbyt wiele statków. Wszędzie panuje taka straszna cisza, taki przerażający spokój. Nawet służba się nie kręci. Jest upał. Może to z powodu tego upału wszyscy schronili się w domach.
To są Ateny! Stoję oparta o wnękę. Mam smutną minę, jakbym za kimś tęskniła. Wszędzie jest tak pusto.
Oparta o framugę zaczynam sobie wszystko przypominać.
Jestem jego Afrodytą. Mówi do mnie często: „Moja kochana Afrodyto”. On ma krótko ścięte włosy. Ubrany jest w krótką wierzchnią szatę z przypiętym z tyłu czerwonym płaszczem. Na nogach ma takie śmieszne sandały. Widzę, jak się ze mną żegna. Jest zmuszony do wzięcia udziału w walce, dlatego u brzegu oceanu, czy raczej morza, pozostała niewielka ilość statków. Większa ich część została wykorzystana do wojennej wyprawy. Z tego samego powodu w mieście nie widać ludzi. Mężczyźni opuścili rodziny, aby wziąć udział w bitwie.
Kiedy pożegnał się ze mną i kierował kroki ku wyjściu, nawet się nie obejrzał. Myślę, że mógłby wtedy zmienić zdanie, „rozmięknąć”, a tego nie chciał. Teraz stoję w tym samym miejscu, gdzie się rozstaliśmy i okiem wyobraźni widzę, jak odchodzi. Chciałabym, aby znowu wrócił. Widzę, jak wraca tą samą drogą, ale to tylko marzenia. Pragnęłam go wtedy zatrzymać! Ale … obydwoje kochamy ten kraj. A on był dowódcą ...
Potem leżałam na podłodze oddając się ogromnej rozpaczy. Wtedy miałam gdzieś swój honor! Nie zależało mi na tym.
On miał honor i robił to, co należało do jego obowiązków. Tymczasem ja, leżąc na sofie w pokoju, dostałam spazmów. Zwijałam się i krzyczałam.
... On miał zawsze takie cholerne poczucie obowiązku! Wiem, że musiał iść! Był wysoko postawiony w hierarchii społecznej. Był dowódcą. Tamtego dnia miał piękny strój: niebieski pasek, odnowioną zbroję ... Był dobrym żołnierzem. ... Mieliśmy się pobrać ...
Zasnęłam wyczerpana. Tak … Chciałam umrzeć ...
Następnego dnia szybko podjęłam decyzję! Nie zastanawiałam się, czy w ogóle coś sobie zrobić, lecz raczej co zrobić. Chwyciłam nóż i odcięłam sobie pierś. Nie chciałam, by ktokolwiek inny stanął mi na drodze. Jestem dumna, że miałam na to odwagę. Lecz oto widzę mojego ukochanego, wrócił z bitwy. Zauważa, co zrobiłam, lecz nie krzyczy, nie robi wyrzutów.

—To nic … To nic … – powtarza. Jest nam ze sobą tak dobrze.

Teraz widzę, że w tym samym pokoju znów jesteśmy razem. Plączą się przy nas jakieś dzieci – dwie dziewczynki. To chyba nasze dzieci.
Czuję się ciężka, nie mam nawet siły, aby odwrócić się plecami i zasnąć.
Znajduję się w lesie, ale nie jest to taki zwykły las. Jest on bardzo dziwny, taki jak w bajce o Jasiu i Małgosi. Drzewa w nim są bardzo wysokie i rosną jedno przy drugim. Stoję na ścieżce w tym lesie i rozglądam się. Przez korony drzew nad sobą zauważam błękitne niebo. Jest ładna pogoda. W miejscu, gdzie stoję, jest jasno i czuję się dobrze, lecz dalej las staje się gęsty i jakby ciemniejszy. W tamtym, określonym miejscu jest coraz ciemniej, mniej bezpiecznie … Stamtąd, z zarośli, wyłania się niedźwiedź. Widzę go z góry: niedźwiedzia i mężczyznę, który jest mną. Niedźwiedź zaatakował mnie-mężczyznę. Nie odczuwam strachu, ... niczego! Po prostu obserwuję.
Uważam, że to jest fair iść na polowanie bez strzelby, lecz z taką bronią, aby zwierzę miało równe szanse, np. z dzidą. Odczuwam wielką harmonię z naturą, a równocześnie dostrzegam jej moc i potęgę. Przy tym chyba jednak trochę się boję. Jestem teraz małym dzieckiem. Siedzę na polanie i boję się lasu oraz praw natury, gdyż nie wiem, czego można się po niej spodziewać. W każdej chwili może mnie spotkać coś innego.
Widzę teraz rosłego, barczystego mężczyznę oraz kobietę z jasnym, długim warkoczem. Obydwoje mieszkają niedaleko lasu.
Ja, jako tamten mężczyzna, nie potrafię powiedzieć bliskiej mi kobiecie, co zamierzam i co tak naprawdę do niej czuję. Nie umiem! /zduszenie i ból w gardle/. Nie mogę się przełamać. Ona oczekuje tego ode mnie. Patrzy na mnie i czuję, jak czeka. Ja jednak nie jestem w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Nie wytrzymuję napięcia w sobie. Wychodzę. Zmierzam do lasu, tam gdzie zaatakuje mnie niedźwiedź. Nie mam nawet ze sobą broni. Nie powiedziałem wtedy tej kobiecie, co do niej czuję i już nigdy nie powiem /łzy/. A ona wtedy czekała! Czekała, że powiem! Lecz ja tego nie mogłem zrobić. Poszedłem więc do lasu! ...
Komentarz:
Kobieta oczekująca na wyznanie uczucia kojarzy się B. z jej obecną sympatią – znajomym, któremu chciałaby wyznać swoje intencje do niego. Potrzebuje jednak gwarancji, że jej uczucia zostaną odwzajemnione. Podobnie jak w powyższym wspomnieniu z poprzedniego wcielenia, nie może się przełamać. Jej wewnętrzna duma zakrywana często spontaniczną szczerością znajduje swój wyraz w roli pięknej Greczynki, kiedy to zamiast czekać spokojnie na przyjazd swego ukochanego, dokonuje samookaleczenia. Jest przy tym z siebie zadowolona, jako, że wie, iż wielu mężczyzn nie zdobyłoby się na taki bohaterski czyn. Zastanawia jednak, czy ten czyn wart jest ceny, jaką tak naprawdę płaci B. Tym trudniej przychodzi jej zauważenie ceny i rzeczywistej wartości „bohaterskiego” czynu, że przyszły mąż i wybranek akceptuje to.
W pierwszym wspomnieniu z czasów średniowiecza, właściwie nic już nie stoi na przeszkodzie w wyrażaniu swoich uczuć. Obydwoje partnerzy świetnie się ze sobą porozumiewają. Nawet daje się zauważyć wielką spontaniczność, szczerość i niemal brak skrupułów na drodze do celu. Najwięcej pozostawia do życzenia stan zakochania, przyprawiający o zawrót głowy i mimo pozorów jednak wymagający sporo wysiłku. Wewnętrzny niepokój i rozbawienie wprowadzają zamieszanie, chaos. Dzięki pozytywnemu nastawieniu sytuacja jednak zostaje rozwiązana, zgodnie z oczekiwaniami bohaterki. Przy pomocy niebieskiej wstążeczki wyznaje swoje uczucia wobec wybranego mężczyzny, tego samego, który w Atenach był dowódcą, a w domku pod lasem blondynką o długim warkoczu. Wspomnienia B. nasuwają na myśl wniosek, iż jeżeli B. nie będzie się czuła na tyle bezpiecznie, aby okazać swoje uczucia, jest w stanie uczynić to w sposób brutalny /samookaleczenie, śmierć z powodu zaatakowania przez niedźwiedzia/. Poczucie winy do siebie z powodu braku umiejętności wyrażania uczuć wyzwala w podświadomości wzorzec autodestrukcji. W pracy nad sobą konieczne jest zatem oczyszczenie związku z oczekiwań i zwrócenie wolności drugiej stronie. Po ugruntowaniu w sobie poczucia bezpieczeństwa będzie możliwe swobodne wyrażanie uczuć bez oczekiwań oraz bez obaw o odrzucenie. Należy uwolnić się od napięcia związanego z oczekiwaniem na wyznanie partnera oraz poczucia wzajemnej przynależności do siebie.
A oto i kolejne regresje:
Znajduję się w dużym namiocie. Na środku płonie ognisko. Mam na sobie białą, długą sukmanę, na głowie przepaskę w tym samym kolorze. Po wypiciu przygotowanego przez szamana napoju z trudnością rozpoznaję otaczających mnie ludzi. To Indianie: moi rodzice, rodzice mężczyzny, którego mam poślubić, zaproszeni goście. Mnie oraz mojemu przyszłemu mężowi wiążą rzemieniem lewe dłonie, na kciuki nakładają skórzane kapturki. Poślubiony mi Indianin jest mocno zbudowany, silny, lecz nie chcę go. Był dla mnie jak zwierzę. Wiedziałam, że gwałcił kobiety w innych plemionach. Mógł bez skrupułów zabić zarówno zwierzynę jak i człowieka. Zaczęto bić w bębny. Indianie wykonują taniec mający na celu przywołanie dobrych duchów. Wystarczy już tylko dokonać obrzędu połączenia krwi. W tym celu ktoś nożem wykonuje mi nacięcie na szyi. Boli mnie rana, lecz jeszcze bardziej doskwiera zawieranie związku z tamtym człowiekiem.

x x x

W. poznałam, gdy oboje byliśmy jeszcze w szczenięcym wieku. Właśnie galopował na jakiejś szkapinie, kiedy mnie zauważył. Wlepił we mnie swoje niebieskie oczy i aż cały przekręcił się na siodle, wodząc za mną wzrokiem.

- Uważaj, bo spadniesz! – krzyknęłam za nim.

W duchu jednak pomyślałam: “Jest niezły!”
Uważałam, że jako córka wodza powinnam mieć łuk. Poprosiłam więc o to ojca. On jednak był innego zdania, że powinnam raczej uczyć się gotowania, wyprawiania skór … Mimo to nalegałam:

—Wódz musi umieć strzelać!

W rezultacie dostałam łuk. Odtąd wraz z chłopakami chodziłam do lasu. Tam strzelaliśmy do tarcz, przymocowanych na drzewach, polowaliśmy na małe zwierzątka. Ja jednak żałowałam każdej upolowanej istoty i kiedy nikt nie widział, odprawiałam im rytuały pogrzebowe. Pewnego dnia właśnie zakopałam jaszczurkę. Siedziałam na ziemi, układając na małym grobie kamyki, kiedy zauważył mnie W.. Aby nie pokazać swojej słabości, zasłoniłam miejsce, w którym zakopana była jaszczurka.

—Co tam kryjesz za plecami? – spytał zaciekawiony chłopak.
—Nie pokażę ci – zawyrokowałam – i nie waż się sprzeciwiać!
—Nie zdradzę cię! – zapewniał W..

Wtedy kazałam mu przyrzec, że nikomu nie powie tego, co zobaczy. Dopiero gdy to uczynił, wyjaśniłam z powagą:

—To jest grób jaszczurki, którą zabiłam dzisiaj rano.

Odsłoniłam tamto miejsce na ziemi, a W. pomógł mi układać kamyki.
Towarzyszyłam chłopakom również wtedy, gdy poili konie. Często wdawałam się z nimi w zacięte dyskusje, zawsze musiałam mieć rację i ostatnie zdanie.

—Wywyższasz się! – stwierdził jeden z chłopaków – Jako córka wodza wydaje ci się, że wszystko wiesz i wszystko możesz, ale tak naprawdę sama nie potrafiłabyś sobie z niczym poradzić. Poza tym nigdy nie zostaniesz prawdziwym wodzem, bo jesteś tylko kobietą!

Zagotowało się we mnie ze złości. W oczach pojawiły się groźne iskry.

—Zobaczymy więc, kto jest silniejszy! – rzuciłam prowokacyjnie – Wyzywam cię na pojedynek!

Chłopak wcale się nie wahał, a ja stałam z podkasanymi rękawami, gotowa do ataku. Lecz właśnie nadjechał W., zeskoczył z konia i stanął pomiędzy nami, przodem zwrócony do mego rywala.

—Jeśli chcesz się bić – wykrzyknął – bij się z chłopakami, ale dziewczyny bić nie będziesz!

Zaczęli się tłuc, a wszyscy dookoła przyglądali się całemu zajściu. W. przegrał. Gdy leżał, zwycięzca spojrzał mi w oczy i rzekł z dumą w głosie:

—Czuj się tak, jak on – wskazał ręką – Pokonana.
—Nigdy nie będziesz miał takiego honoru, jak on! – nie zamierzałam popuścić – To nie kolor skóry decyduje o godności człowieka – /W. był rasy białej/ – On jest biały, ale ma więcej honoru, niż niejeden z was, a wielu z was zachowuje się jak biali!

Chciałam mu przyłożyć, lecz W. mnie uspokoił:

—Nie warto.

W. od dzieciństwa wychowywał się wśród Indian, lecz nie był rdzennym Indianinem. Z racji koloru skóry przyznano mu najgorszego konia i miejsce zamieszkania na granicy obozu. Nie wolno mu było także nosić długich włosów.

x x x

Zgodnie ze zwyczajem Indianin, który zamierzał oświadczyć się wybranej kobiecie, musiał utkać piękną narzutę i założyć ją na ramiona ukochanej. Jeśli ona wstała i poszła za nim, wyrażała w ten sposób swoją aprobatę. W. utkał dla mnie takie nakrycie i poszliśmy razem do mojego ojca. On jednak wpadł w szał, zerwał narzutę i rzucił ją w ogień. Widząc to powiedziałam tylko:

—Nie jest dobrze, kiedy się nie szanuje cudzej pracy. W. był mocno upokorzony. Wrócił do swojego tipi bez słowa. Ja tymczasem postanowiłam podarować mu w zamian pled, który utkała moja matka. W namiocie czekała na W. inna Indianka. Starała się być dla niego bardzo miła, nie narzucać się, lecz tylko okazać swoje oddanie. On jednak wyprowadził ją na zewnątrz.
—Co inni o tobie pomyślą jeśli będziesz tu ze mną? – spytał.
Aby jej nie urazić, swój wybór uzasadnił jej z punktu widzenia norm społecznych. Kiedy przyszłam, dziewczyna stała z tyłu, W. zaś siedział przed swoim tipi pogrążony w smutku, jakby nieobecny. Podałam mu utkany przez matkę pled.

x x x

Kiedy o moich zaślubinach z L. Było głośno w całym obozie, ja i W. nadal spotykaliśmy się ze sobą. W. stał nad rzeką, a ja chodziłam tam i z powrotem szukając w umyśle rozwiązania fatalnej dla mnie sytuacji.

—Nic się już nie da zrobić – stwierdził.
—Musi być jakieś wyjście! – nie dawałam za wygraną – Jutro pójdę do szamana. Powiem mu, co o tym wszystkim myślę. Musi mi pomóc!

Tak też uczyniłam. Udałam się po radę do człowieka, u którego radzili się wodzowie. On zgodził się tylko przyrządzić miksturę, po wypiciu której będę w stanie wziąć ślub. Lecz co będzie dalej?

—Przyzwyczaisz się – powiedział – Najważniejsze, aby mąż kochał kobietę, a twój przyszły mąż cię kocha, więc nie będzie ci z nim źle.
—To nie wystarczy! – protestowałam – Czy nie lepiej zawrzeć związek, w którym obydwoje będziemy się kochać? Tylko taki związek może dać mi szczęście. Muszę odwołać zaślubiny!
—Tego odwołać już nie można! Nie powinnaś myśleć tylko o sobie! Należy utrzymać pokój z naszymi sąsiadami – wyjaśnił.
—Pokój?? Mam być niewolnicą za pokój?! W zamian za pokój można oddać konie, ziemię, ale nikt nie będzie rządził moją osobą! Nie jestem koniem, ani połacią ziemi, którą można sobie zawłaszczyć. Gdybyście nie byli tak uparci i przywiązani do tego, co “moje”, a co “ich”, nie byłoby konfliktów, a to zapewniłoby pokój. Nie jestem na sprzedaż, jak niewolnicy u białych. Nie jestem niczyją własnością. Skoro więc nie chcą być mądrzy, sprzeciwię się im! Kiedy skończyłam, szaman uderzył mnie w twarz. Zerwałam się z miejsca, wybiegłam z namiotu i zawołałam na tyle głośno, aby inni mogli mnie słyszeć:

—Jesteś biały! Jesteś bardziej biały, niż niektórzy z białych! Pokrętny jak wąż!

Nazwanie Indianina białym było jedną z najwyższych zniewag. Wiedziałam o tym, lecz byłam wściekła na niego i na całe prawo pozwalające krzywdzić dla pokoju. Zamaszyście stąpając i machając rękami ruszyłam w stronę rzeki, gdzie czekał na mnie W..

—Szaman mi nie pomoże – stwierdziłam stanowczym tonem z nutą smutku w głosie.
—A czego się spodziewałaś? – W. najwyraźniej nie był tym zaskoczony – Miałby się sprzeciwić wodzom? Tego nie zrobi.

x x x

Rytmiczny dźwięk bębenków huczał mi w głowie. Związana dłoń i rana na szyi bolały. Głowę miałam ciężką po wypiciu napoju, jaki przygotował mi szaman ale świadomość bolesnej chwili i poczucie przytłoczenia nie opuszczały mnie. Właśnie mieli połączyć naszą krew. W głowie mi huczało, a przed oczami przesuwały się postacie tańczących Indian. Widziałam W., jak siedział na końcu namiotu. Z początku pomyślałam, że jest obojętny, lecz potem dostrzegłam, że tak naprawdę dusił się w sobie. Nie wytrzymałam napięcia i myśli, że mam żyć z tamtym człowiekiem, podczas gdy w zasięgu ręki będzie mój ukochany.

—Nie! Nie chcę!!! – usłyszałam swój własny krzyk.

Nastała cisza. Tańczący przystanęli w bezruchu, bębny zamilkły. Wszystkie twarze zwrócone były w moją stronę.

—To jego kocham! – wskazałam palcem na W., on jednak ciągle siedział nieruchomo.

Związany ze mną mężczyzna L., ściągał mnie ręką na dół, abym przestała, lecz ja mimo bólu nie zamierzałam się uspokoić.

—Podajcie mi nóż – poleciłam – lecz nikt nie śmiał się ruszyć.
—Podajcie mi nóż – ponowiłam próbę.

Wtedy W. podszedł do nas i przeciął rzemień.

—W takim razie muszę cię wygnać – rzekł ojciec.

Sprzeciwiłam się samemu wodzowi. Z tego powodu powinien się mnie wyrzec, jako córki. Zgodziłam się, tym bardziej, jeśli to miałoby zapewnić pokój.

—Jeśli W. nie chce, niech zostanie – zastrzegłam – Nie zamierzam mu niczego kazać, nie musi się zdecydować być ze mną, a innego nie chcę.
Byłam słaba, więc W. stał obok i podtrzymywał mnie.

—Chcę iść z nią – powiedział stanowczo.

Nie wolno nam było niczego ze sobą zabierać. Musieliśmy iść tak, jak staliśmy i powędrować w góry bez możliwości powrotu w okolice szczepu. Moja matka lamentowała.
Wyszliśmy z namiotu. Była jesień. Wiał silny wiatr, po niebie przesuwały się ciemne chmury. W. miał na sobie tylko spodnie i skórzany fartuch na biodrach. Podszedł jeszcze do nas Indianin, ten sam, który w młodości chciał się ze mną bić.

—Pewnie czeka mnie za to jakaś kara – rzekł poważnie – ale chcę wam to dać – w dłoniach trzymał nóż – Będzie wam potrzebny. Zawsze miałem dużo szacunku do ciebie – zwrócił się w moją stronę – i nauczyłem się mieć szacunek również do niego.
W. nie chciał przyjąć daru.

—On ma zawsze dużo honoru – powiedziałam – ale ja wezmę nóż. Indianin dał jeszcze W. swoje wierzchnie okrycie.
—Nie powinna cię za to spotkać kara – stwierdziłam – w końcu zrobiłeś dobry uczynek.
Poszliśmy. W. musiał zabić zwierzynę i wyprawić skóry /dobrze, że potrafił/. Postawił szałas, w którym przetrwaliśmy zimę. Kiedy śniegi odtajały, zeszliśmy z gór. Z daleka zobaczyłam, że nasza wioska została zrównana z ziemią. Ścisnęło mnie w gardle, ale zdałam sobie sprawę, że zostaliśmy ocaleni. Dzięki wygnaniu nadal mogliśmy żyć.

W. udał się do miasta. Tam ktoś go zatrzymał informując, że pewien bankier od dawna poszukuje swojego syna; spytał czy on nim przypadkiem nie jest. W. zgłosił się na rozmowę z tym człowiekiem. Ten zadawał mu pytania po czym w istocie stwierdził, że jest jego synem. Cały majątek bankiera został przepisany na W., który wybudował za miastem na zboczu skromny, przytulny dom z kominkiem, a z czasem sanatorium w górach, które przynosiło mu duże zyski. Mieliśmy razem chyba czwórkę dzieci i dożyliśmy późnego wieku.
I prawie wszystko się wyjaśnia, kiedy B uświadamia sobie, jak wpłynęła na nią podstępna kapłanka:
W. był znaną osobistością w starożytnym Egipcie; pełnił funkcję urzędnika. Młody, bogaty, przystojny, nie narzekał wówczas na brak powodzenia u kobiet. Kiedy wraz ze swym znajomym przechadzał się po mieście, dostrzegł drobnej budowy, lecz piękną dziewczynę. Ona jednak nie od razu odwzajemniła jego uczucia. Widząc go wtedy po raz pierwszy, odczuwała jakiś wewnętrzny uraz do tego człowieka i czuła, że nie może mu zaufać.
Udałam się tego dnia do świątyni – opisuje – w celu złożenia darów. Były to głównie owoce poukładane w koszyku bez uszu. Nagle jakiś mężczyzna podszedł do mnie znienacka. Wystraszył mnie tym. Upuściłam kosz i część darów rozsypała się na ziemię. Człowiek ten pomógł mi je pozbierać, prawiąc mi jednocześnie komplementy, lecz ja nie słuchałam go. Kiedy tylko większość darów znalazła się z powrotem w koszyku, uciekłam. Po tym incydencie długo nie chciałam przychodzić do świątyni. W końcu jednak pod nakazem mamy wybrałam się tam. Przechodziłam przez uliczki wraz z tłumem ludzi, aby nie zostać zauważoną. W świątyni złożyłam dary i już miałam wychodzić, gdy nagle pojawił się W. (tak ma na imię w obecnym wcieleniu). Chciałam uciec, lecz chwycił mnie za ramię. Widziała to jedna z kapłanek (obecnie Teresa, moja znajoma).
 Zostaw mnie w spokoju! – powiedziałam – Jestem porządną kobietą i nie życzę sobie takich scen!
Wróciłam do domu, nie podejrzewając, że będzie mnie śledził, a najwidoczniej tak było, gdyż w niedługim czasie zjawił się pod drzwiami mego domu. Trzymał w dłoniach drogocenny naszyjnik i chciał mi go wręczyć, lecz ja nie wpuszczając go do środka, skwitowałam ten gest słowami:

—Takie prezenty możesz sobie dawać tym, z którymi sypiasz, w formie zapłaty!

Słysząc to, ludzie z pobliskich domków zaczęli wyglądać przez okna. Ja tymczasem cisnęłam naszyjnikiem o bruk, tak że rozleciał się w kawałeczki. Zamknęłam drzwi. W. pozbierał to, co się dało i będąc w lekkim szoku wrócił do swej rezydencji.
Przez kolejne dni przychodził pod mój dom, ale ja nie wychodziłam. Czasem jednak musiałam przynieść wodę ze studni. Kiedy szłam, podbiegał do mnie, starając się jak najwięcej przekazać:

—Bardzo się cieszę, że cię widzę! – mówił – Bardzo chciałbym z tobą porozmawiać.

Ja jednak ignorowałam każde słowo. Wracałam z wodą niewzruszona, jakby nikogo obok mnie nie było i zamykałam za sobą drzwi. Z czasem jednak zaczęłam odpowiadać pojedynczymi słowami. Kiedy W. wspomniał coś o niewolnicach, odburknęłam:

—My nie mamy niewolnic. Nie uznaję niewolnictwa.

Sposępniał słysząc te słowa, lecz już następnego dnia wyjaśnił, że pozbył się większości niewolników i dalej nad tym pracuje. Każdą zasadę, jaką wyznawałam, starał się zrealizować, a potem, przed studnią zdawał mi relacje ze swoich postępów. Bywał tu tak często, że przyzwyczaił się już siadać na ławie przed moim domem – weszło to do codziennego rozkładu jego zajęć.
Któregoś dnia ukląkł przede mną i oświadczył mi się.

—Potrzebuję trochę czasu, aby się zastanowić. – powiedziałam.
—Będziesz miała tyle czasu, ile zechcesz! – wykrzyknął uradowany.
—Dobrze. —zgodziłam się. Wzięłam pierścionek i wróciłam do domu, zamykając za sobą drzwi.

Następnego dnia tradycyjnie siedział przed moim domem na ławce z kamienia. Był niemal pewny, że nie wyjdę. Tymczasem ja wystroiłam się, umalowałam; zamierzałam w końcu pokazać się również z tej lepszej strony. Przez cały czas byłam przecież tak surowa. Otworzyłam drzwi… Myślał, że idę po wodę. Kiedy więc usiadłam koło niego, był w szoku.

—Jak twoje zdrowie ? – spytałam.
—Dobrze, dziękuję...

Milczeliśmy chwilę. W końcu W. stwierdził:

—To piękny dzień na spacer.

Zgodziłam się. Poszliśmy wzdłuż kamienistej drogi, jaka prowadziła obok mego domu. Mieszkałam na obrzeżach miasta.
Wracaliśmy rozgadani, radośni, entuzjastyczni. Okazało się, że mamy te same poglądy na wiele tematów oraz że jest nam ze sobą bardzo dobrze. W. wrócił do swego domu jeszcze bardziej zakochany, o ile to tylko możliwe.
Po zaślubinach mieszkaliśmy w domu W. – miejscu przestronnym, z wieloma potężnymi kolumnami i basenem pośrodku. Byliśmy ze sobą niezwykle szczęśliwi. W. zapewniał mnie, że zawsze będzie mnie tak kochał, lecz ja miałam jakieś dziwne wątpliwości. Zaproponował więc, abym udała się do pewnej kapłanki, która rzekomo potrafiła sprawić, aby szczęście w związku trwało wiecznie. Udaliśmy się więc do świątyni. Tą znajomą kapłanką okazała się być Teresa, wobec której w obecnym wcieleniu odczuwałam wewnętrzny przymus zdawania relacji z życia osobistego.
W świątyni było ciemno, tylko w oddali tliło się światło. Nie wiem, czy było to ognisko, czy też lampa oliwy. Powiedziałam kapłance, że bardzo kocham W., jestem z nim szczęśliwa i chcemy, aby to się nigdy nie zmieniło. Kapłanka była bardzo miła, lecz nakazała W., aby wyszedł, gdyż w celu przeprowadzenia tajemnych praktyk mogłyśmy zostać tylko we dwie. W. poszedł więc coś załatwić. Przekonawszy się, że jesteśmy same, podała mi do wypicia napój, który jak się okazało był narkotykiem. Obezwładnił mnie on do tego stopnia, że nie mogłam nic zrobić. Kiedy wypiłam zawartość czarki, wyraz twarzy kapłanki zmienił się – jej wzrok był pełen nienawiści i przebiegłości. Wtedy zdałam sobie sprawę, że postąpiłam źle, ale było już za późno.

—Teraz sobie poustalamy pewne rzeczy! – powiedziała na wstępie. Zabrzmiało to jak groźba. – Tego mężczyznę to ja kocham. – wyznała — Unieszczęśliwię cię wystarczająco mocno, tak jak ty mnie unieszczęśliwiłaś. Ja sama cierpieć nie będę!

Nie wiem, jak kodowała mi następne wcielenia, gdyż za bardzo byłam nieprzytomna. Pamiętam jednak, że powiedziała:

—Razem wiele wycierpicie i oboje się będziecie ranić. Pojawią się między wami problemy w porozumieniu się i będziecie błędnie interpretować swoje uczucia, choć będziecie w sobie zakochani.

Kodowała poszczególne wcielenia, mówiąc, co w każdym z nich mnie spotka. Kiedy skończyła, wzięła do ręki laleczkę symbolizującą W. i zastraszyła mnie, że jeśli nie wykonam tego, co mi poleciła, uśmierci go za pośrednictwem tej laleczki. Mówiła jeszcze o czymś, kiedy poczułam, że przyszedł W.. Słyszał ostatnie słowa i miał ogień w oczach. Kapłanka widząc to, zaczęła szybko programować dodatkowo pozytywne wzorce, między innymi, że za każdym razem, w każdym wcieleniu w końcu dojdziemy do porozumienia. Powiedziała jednak, że tamtych kodów nie można już odwołać. Kiedy narkotyk przestał działać, zwracałam zawartość żołądka, i płakałam. W. wziął mnie na ręce, gdyż nie byłam w stanie jeszcze samodzielnie chodzić. Płakał. W domu położył mnie naprzeciwko basenu i przepraszał mnie.
Po przypomnieniu sobie tamtych wydarzeń, zaskoczyła mnie przedziwna zbieżność faktów. Otóż kiedyś rozmawiałam z Teresą i innymi znajomymi o swoich marzeniach. Ktoś tam chciał mieć wspaniały samochód, ktoś inny domek. Widzieliśmy oczami wyobraźni piękne tereny, nieskażone cywilizacją. Moim wielkim marzeniem są góry, mieszkanie w górach. Tymczasem Teresa, oprócz sportowego auta i jakichś detali chciała mieć mnóstwo porcelanowych laleczek. Powiedziała, że zbiera takie laleczki i zawsze chciała mieć ich jak najwięcej. Nie mam nic przeciwko temu. jednak kiedy Teresa zacznie nadawać lalkom imiona swoich znajomych, będzie trzeba uznać to zainteresowanie za wyjątkowo oryginalne.
Regresja “Pierwotna rodzina” daje klientce jeszcze więcej informacji:
Dokoła osady znajdowały się ogromne skały i piaski. Ale nie przerażało to jej mieszkańców, bowiem były to czasy, kiedy ludzie żywili się głównie upolowaną zwierzyną. Jedynie latem dodatkowo zbierano jagody i zioła. Ciało tamtejszych ludzi ochraniały skóry zwierząt. Mężczyźni zajmowali się polowaniem, zaś kobiety rodzeniem dzieci. Tak, kobiety nawet specjalnie nie przyrządzały potraw, gdyż po upolowaniu zwierza, mięso zostawało od razu skonsumowane. Wystarczyło tylko przypiec je na ognisku, aby po chwili je spożyć.
Na uboczu, w mniejszej grocie mieszkała kobieta, której ludzie z wioski się bali i uważali za czarownicę (Regina). Posiadała ona pewną wiedzę na temat ziół, a także znała substancje, które rzucone na ziemię wybuchały. Kiedy W. spoglądał na mnie, Regina powiedziała mi, że powinnam zdecydować się być jego kobietą, gdyż oboje stanowimy ładną parę. Miała rację. Zostaliśmy razem. Właściwie w tym społeczeństwie związki monogamiczne należały do rzadkości. Ale my byliśmy szczęśliwi we dwoje.
Kiedy zaszłam w ciążę, musiałam udać się na odosobnione miejsce, gdzie w skale wyżłobione były nisze w kształcie jaj. Kobiety spały w nich i rodziły, a ktoś z czasem donosił tam żywność i zostawiał z boku. Miejsce to było widoczne z wioski, lecz mieszkańcy nie kontaktowali się wtedy z kobietami. One też pomagały sobie nawzajem. Kiedy znajdowałam się na tej skale, nikogo jednak nie było. Parę kobiet, które na początku były ze mną, urodziły dzieci i wróciły do wioski. Lecz moje poczucie samotności nie trwało długo. W końcu i ja mogłam porzucić uczucie samotności i powrócić do wioski z nowym potomkiem. W. przywitał nas z wielką radością, zadowolony, że znowu możemy być razem. Opiekując się swym dzieckiem podjęłam decyzję, że na razie nie chcę mieć więcej dzieci. Pragnęłam nacieszyć się swoją młodością i seksem. Nie zamierzałam zostać maszynką do produkcji ludzi, lecz jak o tym powiedzieć mężowi? Zdecydowałam się na rozmowę, w której krótko o konkretnie wyjaśniłam, że nie chciałabym na razie mieć dzieci. W. moją decyzję przyjął spokojnie. “Rodziny”, które miały jak najwięcej potomstwa cieszyły się największym poważaniem starszyzny i reszty społeczności, zaś kobiety posiadające jedno lub kilkoro dzieci, nie były według nich w pełni kobietami. W. dotąd był szanowanym człowiekiem. Dlatego myśl, że teraz przeze mnie utraci dobre imię, nie dawała spokoju. Czułam się winna, lecz z drugiej strony wiedziałam, że tak naprawdę moja decyzja ucieszyła go. W końcu mogliśmy mieć więcej czasu dla siebie. Kochał mnie bardzo, a dzięki temu nie musieliśmy się znowu rozstawać na dziewięć miesięcy.
Udałam się do Reginy po zioła zapobiegające zajściu w ciążę. Regina dała mi je, lecz przestrzegała, abym nie przyjmowała je częściej niż co dwa dni; najlepiej zrobię stosując je jak najrzadziej. Podziękowałam jej.
Po pewnym czasie jednak zdecydowałam się na drugie dziecko, lecz po przestrogach znachorki byłam pełna obaw. Rzeczywiście urodziłam dziecko, które było jakby powykręcane. Wchodząc do wioski zawinęłam je w skórę, aby nikt nie mógł widzieć. Nawet chyba była wtedy noc. Lecz ludzie dopadli mnie. Widząc dziecko, wyrwali mi je z rąk z zamiarem wrzucenia do ognia. Odnajdując w sobie jakieś nadludzkie siły, przedarłam się przez grupę dzikich ludzi, walczyłam o dziecko. Czułam, że chcą je po prostu zjeść!
 Nie pozwalam na takie coś ! – krzyczałam
Wydostałam dziecko, mało przy tym nie tracąc życia; zostałam dotkliwie pobita. Uciekłam. Wiem, że W. stał wtedy jak oniemiały.
Jedynym miejscem, w jakim teraz mogłam się schronić, była jaskinia Reginy. Nie pomyliłam się. Regina udzieliła mi u siebie schronienia. Tutaj byłam bezpieczna.
Z czasem nauczyłam się pewnych metod zielarskich. Z ochotą chodziłam na łąkę po zioła i inne lecznicze rośliny. Pewnego dnia zbierałam na łące odpowiednie rośliny, kiedy podszedł do mnie W..

—Nie uciekaj ! – zawołał, gdyż nie byłam pewna jego zamiarów. – Cały czas myślę o tobie – powiedział – Czy mogę cię tu odwiedzać ?

Odparłam, że może. Chciałam, aby przychodząc tu zabierał również syna. Tak też się stało. W. najpierw przychodził nocą. W końcu jednak przeprowadził się do mnie i zamieszkaliśmy w czwórkę u Reginy. Regina była nami bardzo zachwycona. Mówiła, że stanowimy piękną rodzinę. Żadne z nas nie było samotne, za to nic nie stało na przeszkodzie w naszych wyborach. Nawet najmłodsze dziecko mogło czuć się bezpieczne i kochane, również przez swego starszego brata, który widział, jak o nie walczę.

Refleksja:
Kiedy ratowałam dziecko, a W. stał oniemiały, podświadomie straciłam do niego zaufanie. Skutkiem tego było moje postępowanie w starożytnym Egipcie, kiedy nie wzruszały mnie jego zabiegi i wyznania. Kolejną inkarnacją, jaką sobie przypominam, było życie w okolicach Puszczy Amazońskiej, tuż u brzegów Amazonki. Mieszkałam wtedy w społeczeństwie Indian południowych. Budowali oni domki na palach o wysokości około metra. Prawdopodobnie konstrukcja ta uwzględniała przypływy rzeki.
Jako młoda Indianka zajmowałam się pilnowaniem dzieciaków.. W wiosce mieszkali starcy i kobiety. Chłopcy wraz z dorosłymi mężczyznami przebywali w innym miejscu, które otoczone było tajemnicą. Uczyli się tam polować i walczyć. Kiedy osiągnęłam odpowiedni wiek, uznano, że powinny się odbyć moje zaślubiny. Wybrano już dla mnie przyszłego męża. Szedł on teraz na przodzie orszaku mężczyzn. Miał na sobie skórę zwierzęcia, które upolował; szczególnego uroku dodawały mu nastroszone pióra z kolorowych papug przymocowane do skóry i głowy. Bardzo mi się spodobał. Wszyscy też zaraz wyszli naprzeciwko orszaku. Podchodziłam z nimi, lecz nie jako pierwsza. Ukrywałam się, z daleka przyglądając się widowisku. Nagle ludzie się rozstąpili, a ja stojąc nieco bokiem, odwróciłam się w stronę mego wybrańca spoglądając zalotnie.
Z moimi zaślubinami nie wiązały się jakieś szczególne inicjacje. Siedzieliśmy tylko przy ognisku. Wyznaczeni do tego ludzie tańczyli. Miałam duży piękny kwiat we włosach i chyba to oznaczało, że jestem panną młodą.
Mężczyźni przychodzili tylko o jakiejś porze roku, a potem znowu byli ze sobą. Ja jednak chciałam stale być razem z Wojtkiem (wzorzec ten daje o sobie znać w obecnym wcieleniu). Pragnęłam, abyśmy stale mogli być razem.
We wcieleniu tym również pojawiła się Regina. Była starszą mądrą Indianką. Miałam ciężki poród, a ona pomagała mi wtedy. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak to się skończyło. Może wyjaśni się to przy kolejnej sesji.

Fragment książki Pamięć poprzednich wcieleń.
Dziękuję Kasi Ostrowskiej za spisanie materiałów z sesji regresingu.

 
Leszek Żądło - zdjęcie
  Leszek Żądło:

Polecamy książki i płyty Leszka Żądło:

Medytacje Erotyczne
Leszek Żądło, Beata Augustynowicz
Ukochane Dziecko Boga
Leszek Żądło
Medytacje Czystego Światła
Leszek Żądło, Beata Augustynowicz