Wróć do listy artykułów

Leszek Żądło

Współautorzy: Panderska Agnieszka

Monopol na prawdę

U osób, u których pojawia się nieświadoma pamięć poprzednich wcieleń, często dochodzi do nieporozumień. Na obecne plany życiowe i intencje nakładają się jakby klisze, które motywują do odegrania starych ról. Zachęta z ich strony wydaje się ogromnie atrakcyjna i wielce obiecująca. Zaniepokoił mnie kiedyś list od mojej znajomej. Zauważyłem bowiem, że popełniła błędy, które mogłyby na dłuższą metę przynieść niekorzystne dla niej zmiany. A błędy te przez wielu ludzi są uznawane za wielkie osiągnięcie na duchowej ścieżce. Pierwsza moja wątpliwość dotyczyła relacji owej osoby z Bogiem. Otóż nauczyła się ona kontaktowania się z Bogiem za pomocą wahadełka dającego odpowiedzi w formie pisanej i była z tego powodu bardzo dumna. Ach, ilu z nas chciałoby dostawać od Boga dokładne instrukcje! Nieprawdaż? Przyjrzyjmy się jednak temu z innej strony. Spójrzmy, co za instrukcje otrzymała ta pani? Po pierwsze „Bóg” informował ją, że odwrócił się od niej i obraził na nią za to, że używa spiralę domaciczną jako środek antykoncepcyjny. Następnie kazał jej usunąć spiralę i urodzić dziecko boże. Konkretnie dać życie jej zmarłej niedawno wnuczce. Miała ona stać się w nowym wcieleniu Mesjaszem.

Jakie błędy popełniła owa pani? Co trzeźwiejsi czytelnicy zaczną tu podejrzewać chorobę psychiczną. Ale zapewne znajdą się i takie kobiety, które chciałyby się znaleźć na jej miejscu. Żywią bowiem głębokie przekonanie, że okres pojawiania się Matek Boskich to nie sprawa historyczna, lecz jak najbardziej aktualna. Przecież ten Jezus musi jakoś zmartwychwstać przed końcem świata! Takie urojenia wydają się szczególnie piękne i dowartościowujące dla niektórych kobiet! Wydają się nie tyle urojeniami, ile szczególnym wyróżnieniem. W swej karierze regresera odreagowałem nawet kilka pań, które oczekiwały, że spłodzę im bożego potomka, nowego Mesjasza czy tp. A przecież każdy z nas jest bożym dzieckiem. Nie ma bardziej i mniej wybranych. Osoba, która ma podobne zapędy, powinna się przede wszystkim modlić o uwolnienie od presji karmy, od presji zobowiązań z poprzednich wcieleń. Uzdrowienia wymaga przede wszystkim jej związek z osobą, dla której chce urodzić wybitnego potomka. Często też jej poczucie zależności, przywiązanie, ból i żal po rozstaniu z tą osobą, którą chce urodzić, itp. Powinna się również uwolnić od misji dania światu wielkiego nauczyciela, czy nawet zbawiciela. Niewątpliwie pomoże jej w tym afirmowanie, że to, co daje światu (ludziom), jest wystarczająco dobre, cenne, boskie.

Osoby inkarnujące się z jakąś szczególną misją prowokują swoje otoczenie. Po pierwsze wybierają sobie na matkę osobę, która zagwarantuje im odnowienie misji. Zdarza się, że w poprzednich wcieleniach przeszła ona przez szereg inicjacji, które mają sprawić, by ciągle dobrze wywiązywała się ze swej roli. Po drugie są łase na wszelkie informacje potwierdzające ich misję.

Matka pewnego znanego mi młodego człowieka afirmowała go na mistrza duchowego. Złapał przynętę i dziś naucza. Ma nawet wielu uczniów, choć brak mu kwalifikacji. Pewien regreser podczas pierwszych sesji uświadomił sobie, skąd bierze się jego nieodparta potrzeba (wręcz przymus) głoszenia buddyjskich nauk duchowych. Otóż przypomniał sobie, że jeszcze w łonie matki, tuż przed narodzeniem, nauczał telepatycznie wszystkie zgromadzone wokół istoty. A jak się przy tym namęczył! Kiedy uświadomił sobie, kogo i z jakim skutkiem nauczał, odechciało mu się.

Prowokacje wynikające z misji podjętych w poprzednich wcieleniach mogą przybrać i tragiczny wymiar. Najlepszym pod tym względem jest przykład A. Crowleya, któremu matka – ortodoksyjna chrześcijanka – ciągle powtarzała, że jest wcieleniem bestii. A on to wziął za dobrą monetę – i tak mu zostało.

I wreszcie wielu angażuje się w walkę o zrealizowanie swej misji. Tymczasem każda misja i każda prawda, o którą trzeba walczyć, jest takim samym urojeniem. Urojeniem o tyle niebezpiecznym, że dla zaangażowanego w walkę człowieka staje się ona czymś o wiele ważniejszym, niż jego własne życie i jego osobisty kontakt z boskością.

Kiedy człowiek czegoś pożąda, wydaje mu się to bardzo ważne i bardzo realne. Kiedy pożąda tego, co duchowe, wydaje mu się, że to jest jeszcze ważniejsze. I jak mu w takiej sytuacji wytłumaczyć, że bredzi? Tłumaczenie nic nie daje. Obietnica duchowych czy magicznych osiągnięć potrafi człowieka doprowadzić do stanu całkowitej rezygnacji z życiowych i materialnych celów na rzecz osiągania duchowych iluzji.

Dla mocy, Boga czy nieśmiertelności ludzie są często gotowi umrzeć. Znacznie częściej niż dla seksu czy ratowania ojczyzny. I osiągają to, dla czego żyli.
To znaczy… osiągają śmierć.
A miało być tak dobrze!
Jakie to rodzi konsekwencje karmiczne?
Otóż różne. Wszystko zależy od szczegółowych intencji, które kryją się za uczynkiem. Może tylko pogardę dla życia, co już jest kiepskim pomysłem na życie jako takie, a na wieczne na pewno. A może lęk przed innymi, którzy mają moc zabić. Pomyśl teraz, jakie szanse miał ktoś, kto zostawał prorokiem w Izraelu i od samego początku swej kariery był przekonany, że dla Boga będą go lżyli, poniewierali i kamienowali, jak jego poprzedników?

Podobno to ominęło tylko tego, który skończył na krzyżu. Każda misja i każda prawda, o którą trzeba walczyć, jest takim samym urojeniem. Urojeniem o tyle niebezpiecznym, że dla zaangażowanego w walkę człowieka staje się ona czymś o wiele ważniejszym, niż jego własne życie i jego osobisty kontakt z boskością. A więc ktoś, kto prowokuje innych do agresji łudząc się, że czyni to w imię boże, odcina się od Boga, w którego imieniu występuje?

A może zauważyłeś, że od Boga odcinają się również ci, którzy poznają prawdę ze świętych ksiąg i nie dopuszczają do głosu miłości w sercu? Teraz wkraczamy w bardzo niebezpieczne tereny. Otóż okazuje się, że często ci, którzy uważali się za napełnionych Duchem Świętym, często byli tak naprawdę przepełnieni tylko rządzą i nienawiścią. Ta chrześcijańska tradycja ma korzenie buddyjskie. Bowiem to „oświeceni” arhaci jako pierwsi zaczęli obrzucać się kalumniami i udowadniać, że tylko oni znają prawdziwą dharmę (drogę do doskonałości). Stało się tak już niedługo po śmierci Buddy.

To, oczywiście, stworzyło wielkie pomieszanie, które owocuje do dziś dnia. Adepci zamiast pracować nad swym urzeczywistnieniem, zajmują się dyskusjami, kto ma rację lub walką z rzekomymi duchowymi oszustami. Starają się też przez dobre, szlachetne uczynki wykazać, że ich droga jest najwłaściwsza. Często w ten sposób zapewniają sobie życzliwość zwykłych ludzi, ale nie osiągają oświecenia. Mogą też stawać się coraz bardziej podejrzliwi wobec innych mistrzów i linii przekazu. A to rodzi przykre konsekwencje w kolejnych wcieleniach, kiedy nie ma możliwości wrócić do dawnej szkoły i dawnego guru. Aby rozwijać się duchowo, należy zacząć zwracać znacznie więcej uwagi na siebie. Powie ktoś, że zachęcam do egoizmu, może nawet w jego skrajnej postaci. No cóż. Tylko egoiści tworzą historię Ziemi i tylko o nich możemy tu i ówdzie przeczytać. Nawet jeśli za cenę wieloletnich wyrzeczeń osiągnęli urojoną świętość, zrealizowali tylko urojenie o świętości.

Nie o taki egoizm mi chodzi.

Chodzi mi o miłość, szacunek i zaufanie do siebie, ale nie tylko. Ważne jest, by widzieć siebie jako istotę boską, potencjalnie obdarzoną tymi samymi możliwościami, co Bóg.

A czy Bóg miesza się w rozgrywki między konkurującymi sektami? Czy uzależnia się od Guru? Czy wreszcie poświęca się dla ludzi lub spełnia ich wszystkie prośby i zachcianki?
Oczywiście, że nie. Więc dlaczego ja, stworzony na obraz i podobieństwo boże, miałbym to robić?
Niezwykły punkt widzenia. Nieprawdaż?

Nie chodzi mi jednak o to, by ktoś mnie podziwiał czy chwalił. Chodzi o to, że takie podejście daje mi znacznie większe możliwości.
Codzienna praktyka medytacyjna przywiodła mnie po kolei do każdego ze szczebli duchowego postępu, o których piszę. Ta codzienna praktyka opiera się o miłość, mądrość i moc – nie moje (egoistyczne), a boskie (choć we mnie). Z mojej strony jest stała gotowość, by wszystko przyjmować NA TRZEŹWO I PRZYTOMNIE!

W wyniku podglądania poprzednich wcieleń staje się coraz bardziej jasne, że wszystkie nasze idiotyczne pomysły na życie i na misje biorą się tylko i wyłącznie z niskiej samooceny. Sam kiedyś dzięki reinkarnacyjnym sesjom doszedłem do wniosku, że nic i nigdy nie mogło mi zaszkodzić, poza moją własną głupotą. Z tego wynika, że nawet najgorsze intencje, jakie mieli wobec mnie inni ludzie, nie spowodowałyby żadnych ubocznych skutków, gdyby nie natrafiły na moją głupotę.

Pewnie i ty staniesz się świadomy, jak współpracujesz ze swoimi oprawcami i jak prowokujesz innych, by się nad tobą znęcali, by cię prześladowali itp. A najbardziej zdziwisz się, gdy rozpoznasz, że czynisz to w imię WYŻSZYCH RACJI. Sesje reinkarnacyjne często inspirują do podjęcia wszelkich możliwych starań, by podnieść samoocenę. Dzięki temu stajemy się świadomi, że jesteśmy ukochanymi dziećmi Boga, że mamy w sobie boską moc, miłość i mądrość i łatwiej wybaczamy wszystkim, którzy w imię WYŻSZYCH RACJI wmawiali nam, jakoby było inaczej. Z metod, które pozwalają rozeznać się w gąszczu wyobrażeń, oczekiwań i nastawień, najłatwiej zarekomendować mi regresing.

Czy regresing ma w tym zakresie do zaoferowania coś szczególnego? Owszem. Pozwala on pojąć, jakie intencje i kompetencje mają duchowi przewodnicy, którym wierzysz, bądź którym ślepo uwierzyłeś w przeszłości. To może ci pomóc w uwolnieniu od zbędnych działań i wydatków. I to znacznie większych, niż mógłbyś przypuszczać. Regresing pomaga ci też poznać twoje własne intencje, z którymi pozwoliłeś, by ktoś „robił cię w jajo” w imię Boga lub oświecenia. Oczywiście, tak precyzyjne posługiwanie się tą metodą wymaga opanowania nie tylko jej podstaw, ale i zaawansowanej metodologii. Tym niemniej już pierwsze doświadczenia mogą być niezwykle odkrywcze. Misje wmawiano w imię Boga. Ale to nie Bóg je wymyślał i narzucał. Każdy, kto wpycha się między ciebie, a Boga, powinien być podejrzany o to, że ci nie sprzyja i że usiłuje przesłonić ci Boga.

Monopolu na odcinanie świadomości ludzi od ich boskiego dziedzictwa nie ma żadna religia i żaden pogląd. Zaprzeczanie swej boskości czy boskości innych, to powszechne zjawisko. Występuje zawsze i wszędzie tam, gdzie jakiś mądrala (rodzic, naukowiec, ksiądz, czy guru) wpycha się między człowieka a Boga jako „niezbędny” pośrednik, lub jako ktoś, kto ma więcej do zaoferowania.

Warto sobie uświadomić, że Bóg jest w Tobie, a nie poza Tobą, że nie ma jakiegoś odrębnego od Ciebie (Twej intuicji) Boga Ojca. Druga sprawa, to fakt, że Bóg nie może się od Ciebie odciąć, odwrócić, nie może na Ciebie obrazić itd. Poza tym, na pewno nie ingeruje w to co robisz, nawet jeśli używasz środki antykoncepcyjne. Ludzie ulegający złudzeniom o przyjmowaniu bezpośrednich instrukcji od Boga padają ofiarą zwykłego nieporozumienia. Otóż za prawdę przyjmują te treści, które są zgodne z poglądami głoszonymi przez ich duchowe autorytety. Nie zastanawiają się przy tym nad realną wartością owych treści i nad konsekwencjami przyjęcia ich. Wystarcza im samo zapewnienie, że tak właśnie chce Bóg. Uwierzyli bowiem, że Bóg może nam uczynić wszystko, ale raczej nic dobrego. To złudzenie stare jak Egipt, albo i starsze.

(AP) W listopadzie 98 r., czyli około miesiąca przed moim egzaminem na terapeutę – regresera, postanowiłam oczyścić wszelkie moje intencje do pomagania ludziom w taki właśnie sposób.

Już od samego początku, czyli od pierwszych zajęć w Rocznej Szkole Regresingu Leszka Żądło, co jakiś czas zastanawiałam się i sondowałam swoją podświadomość w tej sprawie, gdyż intuicyjnie czułam, że nie wszystko w moim nastawieniu do pomagania ludziom jest w porządku. Przez długi czas nie pokazywało mi się nic negatywnego, mimo że stosowałam różne sposoby, by się tego dowiedzieć, a moja podświadomość dosłownie z uporem maniaka twierdziła, że intencje są czyste, że wszystko jest w porządku, że chce tylko pomagać. Ponieważ moje przeczucia mówiły co innego, ostatecznie poprosiłam swojego Opiekuna Duchowego – Issę o pomoc, no i “bomba” pękła – właśnie na miesiąc przed moimi egzaminami na terapeutę.

Wstęp do regresji, która nastąpiła w efekcie mojej modlitwy do Opiekuna Duchowego, był raczej smutny dla mnie i trwał kilka dni. Polegał od na doświadczaniu przy byle jakiej okazji odrzucenia – od mamy począwszy, a na obcych mi ludziach, których spotykałam po raz pierwszy w życiu, skończywszy. Prowokowałam dosłownie wszystkich, by mnie odrzucali, cierpiąc oczywiście z tego powodu coraz bardziej i bardziej. Z dnia na dzień w miarę jak odrzucenie wzrastało, zaczęłam się zamykać przed ludźmi – pamiętam, że w ogóle nie chciałam wychodzić z domu, ani z nikim rozmawiać. Mechanizm zamknięcia był tak silny, że ja sama nie wiedziałam w pewnym momencie, co się ze mną dzieje i nie miałam do siebie żadnego dostępu. Tak na dobrą sprawę byłam świadoma tylko dwóch rzeczy – silnego bólu z powodu odrzucania, oraz faktu, że sama zaczęłam odrzucać i niczego już od nikogo nie chciałam. Gdy cierpienie i cały mechanizm zamknięcia doszły do punktu, w którym trudno było wytrzymać – odpuściłam sobie i pękłam. Płakałam długo i szczerze, uzyskując tym samym dostęp do tego wszystkiego, co kryło się za bólem i poczuciem odrzucenia. Płacząc, przypomniałam sobie motywy, które kierowały mną przy wyborze rodziców na to wcielenie. W ułamku sekundy zrozumiałam, dlaczego jestem dzieckiem konfliktu serologicznego … dlaczego i dokładnie z jakich powodów chciałam być odrzucana nie tylko przez mamę, ale przez wszystkich ludzi. Uświadomiłam sobie głębokie poczucie winy i jeszcze głębsze – “nie zasługuję”, jakie kryły się za moimi wyborami, chęć odpracowania, ukarania się, naprawienia błędów z przeszłości.

Wchodząc w regresję byłam już bardzo spokojna i otwarta na wszystko, co miało ze mnie wypłynąć, czułam też bardzo wyraźnie, że owo wspomnienie, a raczej zrozumienie i uwolnienie się od nich, będzie dla mnie dużym krokiem naprzód, nie tylko w procesie oczyszczenia, ale i rozwoju duchowego.

x x x

Pierwszym obrazem, który dociera do mojej świadomości, jest widok niewielkiej lokalnej świątyni, przed którą stoi dwóch kapłanów ubranych w pół-długie jakby spódniczki, sandały na stopach i bogate ozdoby na ciele: naszyjniki, bransolety i wisiory. W jednym z nich od razu rozpoznaję siebie i skądś wiem, że jestem młodym, niskiej rangi i bardzo naiwnym, początkującym kapłanem, który nie ma “zielonego” pojęcia o tym, że jest tak samo oszukiwany i manipulowany przez wyższych kapłanów, jak głupi, ciemny i niczego nieświadomy lud Egiptu.

Wraz z kolegą – kapłanem stoimy u wrót świątyni i dyskutujemy o wielkim wydarzeniu – do naszej małej świątyni ma przybyć trzech kapłanów – posłańców z jakąś bardzo ważną i tajną wiadomością, podobno od samego Faraona! Obaj jesteśmy podnieceni i nie możemy się już doczekać, kiedy to wreszcie nastąpi. Parę dni potem ja i mój kolega ze świątyni siedzimy naprzeciw przybyłych gości – trzech kapłanów, którzy przyglądają się nam w milczeniu. Obaj jesteśmy przerażeni i zszokowani tym, co nam właśnie powiedziano i obojgu nam z oczu zionie lęk. Z ust kapłana siedzącego dokładnie naprzeciw mnie padają ciche słowa: – Musicie skłonić ludzi do modlitw … trzeba, by składali ofiary i datki dla Faraona – tylko to może nas wszystkich uratować, inaczej na ziemię zstąpi ciemność i śmierć.

x x x

Przyglądając się tej scenie i swojej łatwowierności, mam jednocześnie świadomość, co tak naprawdę się dzieje i czego w rzeczywistości chcą posłańcy-kapłani. Wiem, że tylko nieliczni w ówczesnym Egipcie znali się na mechanice nieba, rozumieli i potrafili przewidzieć pewne zjawiska, które dla innych były dowodem działalności bogów i które budziły w nich przerażający lek. Wiedza ta była utrzymywana w ścisłej tajemnicy przed zwykłymi ludźmi, a ci, którzy ją posiadali – czyli wysocy rangą kapłani /prawdziwi władcy Egiptu/, dla własnych celów, korzyści i władzy manipulowali za jej pomocą całymi narodami.

Gdy do świątyni, w której służyłem, przybyli posłańcy, dowiedziałem się o zaćmieniu słońca, które miało nastąpić za parę lat – w czasie dokładnie wskazanym przez dokument, który ze sobą przywieźli. Ponieważ ani ja, ani mój kolega, nie mieliśmy nawet najmniejszego pojęcia o tym, co naprawdę działo się na niebie, kapłani nie mieli żadnego problemu z wmówieniem mam, iż właśnie z nieba na Egipt spadnie wielka ciemność, słońce za dnia zgaśnie, a zaraz potem przybędą demony, które pogrążą ludzi na wieczność w ciemności i śmierci. Wmówili nam również, że tylko modlitwy, składanie ofiar i datki dla Faraona, mogą uratować wszystkich od zagłady. Kazano nam zbierać wszystko to od ludzi i odsyłać do wyznaczonego miejsca. Uwierzyliśmy we wszystko, co nam powiedzieli. Przerażeni czekającą zagładą przez wiele lat robiliśmy wszystko, co tylko było w naszych siłach, by zagładzie tej zapobiec. Włożyliśmy wielki wysiłek, ogrom pracy w namawianie i przekonywanie ludzi do tego, by się modlili, by składali ofiary i datki, by starali się za wszelką cenę ratować siebie i swoje życie – przede wszystkim jednak swoje dusze.

Naprawdę wierzyliśmy w sens robienia tego wszystkiego, w zagrożenie i możliwość zagłady. Baliśmy się. Przeniesienie w czasie: parę lat później i tuż przed zaćmieniem: jestem we wnętrzu świątyni. Stoję w mroku, z dala od głównego wejścia, światła i ludzi. Pot spływa z moich skroni, kropla po kropli, a strach ściska gardło. Nie mam odwagi wyjść przed świątynię, gdzie już z samego rana zebrał się tłum ludzi, którzy wciąż obserwują niebo. Wszyscy są przerażeni – nikt z nas nie wie, czy dożyje wieczora. Nikt z nas nie wie również, co się stanie, jeśli Faraon i wielcy kapłani nie zdołają powstrzymać demonów? Co się stanie z ludźmi, gdy ciemności na wieki pochłoną ich dusze? Co się stanie z Egiptem? Na samą myśl o tym lęk ściska moje gardło, żołądek i serce, a nogi zaczynają drżeć coraz bardziej. W pewnej chwili do moich uszu dobiegają okrzyki ludzi stojących u wrót świątyni. Słychać w nich podniecenie, strach i narastającą panikę:
— Patrzcie! ... Patrzcie!...

Odwracam powoli głowę w kierunku głównego wejścia, a moim przerażonym oczom ukazuje się widok, który dosłownie mrozi mi krew w żyłach. Na zewnątrz świątyni, wszędzie, gdzie tylko sięgam wzrokiem, robi się ciemno! W środku upalnego dnia wszędzie zapadają ciemności. Nie! Nie! Nie! Oszalały ze strachu nie zwracam już uwagi na żadne krzyki i panikę wbiegających do świątyni i usiłujących się ukryć ludzi, tylko szybkim ruchem wyciągam zza pasa długi nóż i bez wahania, chcąc ratować swą duszę przed demonami – wbijam go sobie w serce. Po chwili moje ciało zwala się bezwładnie na zimną posadzkę świątyni, ja natomiast odchodzę w światło.

x x x

W chwili, gdy wbijam sobie nóż w klatkę piersiową – akcja zatrzymała się na chwilę, dzięki czemu miałam wyraźny wgląd i mogłam dokładnie przyjrzeć się wszystkim uczuciom, które towarzyszyły mojemu odejściu. Uświadomiłam sobie ogromny lęk, który stał się przyczyną mojego samobójstwa. Lęk przed demonami i lęk przed tym, co się stanie z moją duszą, jeśli nie zdołam uciec na czas. Uświadomiłam sobie także ogromne poczucie winy i odpowiedzialności za los innych – tych wszystkich, których nie dość nakłaniałam do modlitw i ofiar na rzecz bogów. Uznałam, że nie dość się starałam, że wszystko co zrobiłam, by powstrzymać zagładę, to zbyt mało i że to głównie przeze mnie ich dusze pogrążą się w ciemnościach i śmierci. Uświadomiłam sobie również, że czując się odpowiedzialna i winna za straszny los, jaki czekał tych ludzi, uznałam, że bardzo ich zawiodłam jako kapłan, w związku z czym nie zasługiwałam już na nic – poza karą i odrzuceniem z ich strony. W obecnym wcieleniu wybrałam więc sobie takich rodziców, którzy od początku /poprzez konflikt serologiczny/, gwarantowali mi ową karę i odrzucenie. Ponadto, na głębszym poziomie siebie, czułam ogromną złość na demony za to, że musiałam przez nie popełnić samobójstwo, ponieważ, jak się okazało, w Egipcie wcieliłam się z kontynuacją misji oświecania i doprowadzania do oświecenia innych, a skoro demony moją misję mi uniemożliwiły – nie miałam już po co żyć.

Na samym wreszcie końcu uświadomiłam sobie swoje nieczyste intencje do bycia terapeutką w obecnym wcieleniu i pomagania ludziom za pomocą regresingu. Tak naprawdę czując się winna dopuszczenia do tego, iż demony zawładnęły duszami tylu ludzi, chciałam teraz ludzi tych ratować i owe demony z nich wyciągać ... a jakby nie patrzeć – metoda regresingu świetnie się do tego nadaje!

Po regresji, gdy porządnie odreagowałam sobie wiele obciążeń wynikłych z tamtych przeżyć, moje nastawienie do świata, ludzi, oraz do paru innych spraw uległo istotnej zmianie. Przedtem zdarzało mi się naciskać na ludzi, by odreagowywali różne wzorce, obciążenia – uważałam, że tylko to jest najważniejsze i nic innego. Chciałam robić wszystko i o wiele więcej, niż w rzeczywistości mogłam – żeby tylko im pomóc, co kończyło się raczej nieciekawie i nie przynosiło żadnych efektów poza moim zmęczeniem i zniechęceniem. Po regresji, gdy odpuściłam sobie misję, poczucie winy, chęć ratowania ludzi – zrozumiałam, że moje wcześniejsze postępowanie było wynikiem głupoty, niewiedzy i zaślepienia. Teraz jest zupełnie inaczej – ludzie, z którymi pracuję, mogą się uwalniać od swoich “demonów” lub nie, jeśli tego nie chcą – jest to tylko i wyłącznie ich wola, i ich wybór, za które ja nie jestem w żadnym stopniu odpowiedzialna. Tym natomiast, co chcą – pomagam najlepiej, jak potrafię i na każdym kroku widzę zdumiewające niejednokrotnie efekty ich zgody i mojej pracy. Uważam, że warto się było uwolnić od tych obciążeń, ale skorzystają i ci wszyscy, z którymi obecnie i w przyszłości będę pracowała.

Dzięki sesjom regresywnym często udaje się odczytać prawdziwe, skrywane intencje przewodników duchowych, od których zostały przejęte pewne poglądy i praktyki. Kiedy uda się coś takiego ustalić, natychmiast przechodzi ochota do dalszego wykonywania praktyki lub do podtrzymywania poglądu. A dotychczas wydawał się taki święty i niepodważalny! Niektóre osoby słyszą w sobie głosy aniołów, Mistrzów Duchowych lub rozmawiają z „Bogiem”, np. za pomocą wahadełka. Otrzymują przy tym dokładne instrukcje, co robić i jak się dalej rozwijać duchowo.

Otóż wszystkie znane mi podobne przypadki otrzymywania dokładnych instrukcji od Boga czy Mistrza Duchowego (nie koniecznie pisanych) wiązały się z wchodzeniem w świat astralny i czerpaniem z niego informacji. Czasami bywał to wyższy świat astralny, który wydawał się nieść pomoc, a ona bywała często skuteczna, aż do jakiegoś momentu, kiedy taka osoba zaczęła się czuć uzależniona od niej. Odtąd zaczynała otrzymywać instrukcje o tym, co i z kim ma robić, jakie ćwiczenia stosować dla dalszego rozwoju. Okazują się one coraz głupsze, coraz bardziej nieżyciowe i wreszcie prowadzą do cierpienia. I nie ma tu znaczenia, czy instruowanej w ten sposób osobie wydaje się, że prowadzi ją Bóg, czy guru. To może być złudzenie prowadzenia przez Mistrza szkoły, przez Sai Babę, Saint Germaina, lub innych. Tym, co w takim „prowadzeniu” okazuje się wzrastać, jest narastanie cierpienia i pomieszania seksualnego. Takie przypadki nie są odosobnione.

Jeśli osoby, które doświadczają czegoś podobnego, usłyszą od osoby, którą uważają za duchowego opiekuna, czy mistrza, że nie ma on nic wspólnego z owymi instrukcjami, nie są w stanie w to uwierzyć. Co więcej, kiedy z jego ust fizycznie słyszą zaprzeczenia, jednocześnie w swej głowie odbierają wyraźne potwierdzenie. I tylko to, co słyszą wewnątrz, traktują poważnie. To naprawdę ma pozory choroby psychicznej. Tym niemniej w rzeczywistości wynika z błędnego zaprogramowania na nauczanie telepatyczne lub medialne jako na “wyższe” formy poznania czy przekazu wiedzy.

Takie mechanizmy są na tyle silne, że nie da się z nimi uporać inaczej, jak tylko przez konfrontację w sesji reinkarnacyjnej lub przez modlitwę do samego Boga z wiarą i pewnością, że może On uwolnić od takiej zależności. Takie modlitwy zazwyczaj działają, chyba że podświadomość przyzwyczajona jest modlić się do tego, kto „posyła” jej przekazy. Jedna z osób, które „przyjęły moje prowadzenie” przez kilka miesięcy tłumaczyła mi, że wie lepiej ode mnie, czego naprawdę ją nauczam i że musi tego słuchać wbrew temu, że ją wzywam do opamiętania i uwolnienia. Była wsłuchana w astral z taką determinacją, że nie mogła uwierzyć, że moje nauczanie odbywa się na planie fizycznym. Inna pani przysłała mi nawet wiersze i wspaniałą książką, które miałem jej rzekomo podyktować jako spuściznę z poprzednich wcieleń za pomocą więzi telepatycznej. Ta pani na szczęście zorientowała się w pewnym momencie, że sama to wszystko napisała. Jedynym skutkiem ubocznym tego zamieszania okazało się to, że obraziła się na mnie za swoje urojenie.

Spotkałem w moim życiu wielu ludzi, którym „odbiło” z powodu kierowania się dokładnymi instrukcjami astralnymi o tym, co mają robić w rozwoju duchowym. W związku z tym w podobnych przypadkach radzę, żeby się modlić o bezpieczne uwolnienie od wszelkich instrukcji i uzależnień astralnych.

Prawdziwy głos Boga odczuwamy w sercu jako miłość i intuicyjne odczucie, że robimy dobrze. Owszem, reakcją na ten „głos” może być żal, ból, mogą to też być wszelkiego rodzaju informacje o emocjach, które nie pozwalają w pełni żyć miłością i dlatego powinny zostać ujawnione i uzdrowione. W żaden sposób te emocje nie powinny motywować do innych działań poza uzdrowieniem ich!

Przeszłość pokazuje się nam nie po to, byśmy ją odgrywali, lecz po to, żebyśmy zauważyli, co nas obciąża i uwalniali się od tego!
Kiedyś pojmiesz, że Bóg objawia ci swą wolę nie w formie poleceń, ale jako propozycje rozwiązań najwyższej jakości. Ale to zawsze TY wybierasz!
A jeśli i ty przyjmujesz dokładne instrukcje od duchów, albo masz problemy z wyborem? Często byłem zdziwiony, kiedy dowiadywałem się, że ludziom, którzy wydają się zupełnie normalni i zdrowi, pomaga modlitwa egzorcystyczna (czyli uwalniająca od wpływów istot astralnych). Na wszelki więc wypadek pomódl się o uwolnienie od wszelkich przymusów, intencji, mechanizmów i wysiłków korzystania z informacji astralnych, nawet jeśli pochodzą one od wyższych duchów.

Pisząc ten tekst odczułem właśnie tęsknotę za Mistrzami, którzy odeszli. A jakże się z nimi skontaktować, jeśli nie przez telepatię? Warto oprzeć się takim pokusom i warto uświadomić sobie, co dziś można przejąć od osoby, która ma kolejne, nie koniecznie uduchowione, wcielenie. Informacje telepatyczne od duchów czy od innych ludzi odbieramy w głowie, najczęściej za pomocą wewnętrznego słuchu. Informacje od Boga – w sercu jako miłość bądź uwielbienie, gdy o czymś myślimy. Bóg nie posługuje się ani telepatią, ani dokładnymi instrukcjami. A jednak jego inspiracje mogą stać się dla nas w pełni jasne i zrozumiałe. Duch Boży jest w Tobie, więc warto przyzwyczaić się do kontaktowania się z Nim poprzez miłość w sercu.

Życzę Ci jak najszybszego uporania się z obciążeniami z przeszłości. Życzę też sukcesów na bożą miarę. Jedyna boża instrukcja to bezwarunkowa miłość do wszystkiego, co istnieje. Kiedy ją odczuwasz, jesteś ufny, szczęśliwy i spokojny. Ach, jakże się ona różni od wszelkich wyobrażeń o miłości! Cokolwiek uczynisz kierując się czystą miłością, okaże się naprawdę dobre, choćbyś tego nie rozumiał.

 
Leszek Żądło - zdjęcie
  Leszek Żądło:

Polecamy książki i płyty Leszka Żądło:

Tajemne moce umysłu
Leszek Żądło
Medytacje bezpieczeństwa
Leszek Żądło
Uzdrawianie Związków
Leszek Żądło
Poczucie Własnej Wartości
Leszek Żądło