Wróć do listy artykułów

Tomasz Czyba

Samuraj vs Ninja

Historia ta sięga czasów, kiedy w części Azji dominowały wizerunki dwóch rodzai wojowników. Jedni, to Samurajowie, honorowi wobec kodeksu – “bushido” – wierni cesarzowi, potężni, ciężcy, uzbrojeni w długie katany – miecze o wręcz legendarnej sławie, opancerzeni od stóp do głów. Drudzy zaś, to kompletne przeciwieństwo… Ninja. Cichy morderca. Bezszelestny, szybszy od własnego cienia. Wspina się po ścianach, uśmierca ofiarę wyrzucając jednocześnie w powietrze po kilka metalowych szurikenów…

Jako, że czasy, w których żyli są bardzo rozległe w historii, miałem okazję spróbować obu sposobów życia. Oba te wcielenia, jak i również wiele innych, wojowniczych przypadków.. wpłynęły na to, w jaki sposób bawiłem się w dzieciństwie.. Samurai – Poczucie bycia ważnym, honorowym za wszelką cenę wojownikiem, lojalność i wierność jako najwyższa wartość, oraz ninja – cicho, zabójczo, jak z gier o Hitmanie. W jednej z sesji, w której skupiłem swą uwagę na uwalnianiu mojego umysłu ze struktur astralnych, czyli m.in organizacji mających dać poczucie bezpieczeństwa, wartości, bycia ważnym, docenionym itp. Takich jak naród, klan, rodzina, mafia, czy grupa społeczna.

Dotarłem do wcielenia, w którym będąc młodym chłopcem zaczynałem dojrzewać już otoczony ramkami bycia wojownikiem. Zero szacunku dla dziecięcej zabawy, fantazji. “On musi być wojownikiem, tak jak jego ojciec był, jak jego dziadek był i jak jego pradziadek…” pamiętam tylko tyle, że oddano mnie do tradycyjnej szkoły, w której ‘produkowano’ elitarne jednostki – samurai. Lata treningów walki mieczem, ćwiczenie silnej woli, podtrzymywania napięcia itp. Z czasem zacząłem walczyć ‘w słusznej sprawie’. Nie czułem nic, kiedy zabijałem drugiego człowieka. Udziały w bitwach, masowych morderstwach nie zostawiały żadnego śladu na sumieniu…. było w ogóle jakieś sumienie? Byliśmy maszynkami do zabijania. Chodzące terminatory, których bał się każdy niemilitarny mieszkaniec ziemi.

Pamiętam silne poczucie bycia docenionym. Pamiętam, jak rosło moje wojownicze Ego, satysfakcja z pochwał. Mój władca, można by powiedzieć: ‘właściciel’. Zaczął zlecać zabójstwa zupełnie nie związane z losami kraju, z jakąkolwiek ideologią.. To było załatwianie jego prywatnych rozrachunków. Robiłem to, nie miałem innego wyjścia. Nie dopuszczałem do siebie żadnej miłości. Nie było w pobliżu żadnej kobiety. Życie polegało na zabijaniu, albo czekaniu na zlecenie.

Po takiej trwającej kilka minut wizji transu walki i życia ciągłą walką, poczułem w sesji szok.. to chyba była miłość, zobaczenie jakiejś wzruszającej sceny z życia, która trafiła do najgłębiej schowanej wrażliwości. Poczułem się oszukany.. “Jakie znaczenie ma moje życie? Dlaczego nie cieszę się tak, jak cieszą się prości ludzie? Niby mieszkam w bogatym domu, ale dlaczego nie czuję radości? Miłości? Czym jest w ogóle miłość?”. Natychmiast skierowałem się do swojego zleceniodawcy, mistrza, właściciela, władcy. Każde z tych słów dobrze opisuje znaczenie tamtej postaci. Zrobiłem awanturę, nawet się nie rozkręciłem, a zostałem ukarany. Musiałem odbyć karę z pokorą inaczej straciłbym nie życie, a klasę. odebrano by mi miecz, strój, tytuł, a to dla Samuraja było gorsze niż śmierć w walce. Zgodziłem się na karę. Z czasem w trakcie kolejnej misji stałem się bezużyteczny dla właściciela. Wojownik, który coś czuje jest słaby, on to wiedział.. nasłał na mnie swoje inne narzędzie. Wtedy pierwszy raz zmierzyłem się z Ninja. Pierwszy i ostatni na tamto życie. Zostałem zdradzony, wykorzystany, zamordowany z ostatnią chęcią... zemsty przeciw całemu temu systemowi.

Kilkadziesiąt oddechów później w sesji dalej przed oczyma miałem Japonię.. tym razem pod postacią zamaskowanego zabójcy. Z tego wcielenia pamiętam już znacznie mniej. Jedynie sztukę walki przystosowującą człowieka do stałego poziomu napięcia fizycznego, żeby adrenalina pomagała w ucieczkach i dodawała szybkości. W tym wcieleniu mściłem się na samurajach. Możliwe, że poczułem nawet satysfakcję za dawne, nieświadome krzywdy.

Odreagowanie tego wtopienia w gęsty astral zabójstw, intryg, bitew, moje życie stało się bardziej luźne. Coraz bardziej przestało mi zależeć na rywalizacji, minęła wielka fascynacja kulturą Japonii, zamkami, zbrojeniem, a przede wszystkim – Stałem się bardziej pewny własnej woli, własnego zdania i pierwotnego prawa do wyboru odpowiedzialności za siebie. Już nie ciąży nade mną niewidzialny kodeks i nikt nie wymusi na mnie posłuszeństwa odwołując się do podobnych wartości, jak honor, tradycja, czy inne wymysły. Z uśmiechem na twarzy pożegnałem swoje wojownicze tożsamości.

Tomasz Czyba ˆ r.2008

 
Tomasz Czyba - zdjęcie
  Tomasz Czyba: